|
Formy modlitw wstawienniczych prowadzonych we wspólnocie: A. modlitwy całej wspólnoty
na ogólnym spotkaniu modlitewnym- Jeśli i Ty doznałeś Bożych łask i uzdrowienia za przyczyną naszych wstawienniczych modlitw podziel się z nami i
napisz krótkie świadectwo, ku zbudowaniu serc naszych i umocnienia w
wierze. MODLITWY WSTAWIENNICZE
WSPÓLNOTY-
Patrycja (6.09.2010) Dziękuję... Moje serce jest przepełnione radością i wdzięcznością Bogu za całą Waszą wspólnotę. Ale niestety zły ciągle podsuwa mi różne lęki i obawy. Świadectwo Waszej wiary i oddania misji jaką powierzył Wam Ojciec jest dla mnie umocnieniem w mojej walce.
Wylanie
Ducha Świętego
20 sierpnia 2010 roku - to dzień, który będę pamiętać
przez całe życie. To był dzień wylania na mnie Ducha Świętego. Od dawna
przygotowywałam się do tego dnia. Uczestniczyłam w seminarium Wspólnoty
Odnowy w Duchu Świętym z Nowego Targu za pomocą internetu. Słuchałam
rekolekcji, rozważań. Były refleksje nad słowem Bożym, spowiedź
generalna. „O Duchu Święty, duszo mej duszy, uwielbiam Ciebie, oświecaj mnie, prowadź mnie, umacniaj, pocieszaj i pouczaj co mam czynić, rozkazuj mi. Poddaję się chętnie wszystkiemu czego ode mnie zażądasz. Pragnę wszystko przyjąć co na mnie dopuścisz. Daj mi tylko poznać Twoją świętą wolę. Amen.”
Odczuwałam całym sercem, iż słowa „poddaję się
chętnie wszystkiemu czego ode mnie zażądasz” potrzebują niezwykłej
odpowiedzialności za swoje uczynki i rozumienia woli Bożej. Bóg zapłać Krzysztofowi, Marysi, Faustynce, którzy się modlili nade mną. Bóg zapłać Wam wszystkim. Kijów, sierpień 2010
Wioletta Dziękuję Ci Boże za Twoje prowadzenie, za Msze św. z modlitwą o uzdrowienie, na których mogłam uczestniczyć za pośrednictwem Internetu i Radia Katolickiej Odnowy. Dzisiaj za pośrednictwem Radia uczestniczyłam w modlitwie wstawienniczej, która była także za moje małżeństwo. Dziękuję Ci Boże za Wspólnotę Odnowy "DROGA ŚWIĘTA", za Krzysztofa Kabata, za wszystkie osoby, które prowadzą mnie do Ciebie. Beata Chciałam tylko podziękować za dzisiejsze spotkanie, za takie serdeczne przyjęcie i za cudowną modlitwę. Wiesz, dalej nie mogę uwierzyć w to, że byłam w tej kaplicy, że modlitwa się odbyła, że poznałam Was - niezwykłych ludzi, i ten piękny widok, zieleń, słońce, zapach skoszonej trawy, Bóg wybrał cudowny dzień... Tak teraz wiem, jestem przekonana, że to nie był jeden z kolejnych moich pomysłów, tylko natchnienie Ducha Świętego. Oczywiście dziękuję za różaniec ten różaniec to jeden z najpiękniejszych prezentów jaki dostałam w życiu, dziekuję Elwira
Witaj!! Magosia
Super Krzysiu! Chwala Panu!
Teraz po egzorcyzmach, ktore sama przechodzilam w ostatnim czasie modlitwa mnie jeszcze bardziej dotyka. Wasze motto przeslalam jako Slowo dla mojego syna Adriana jako Slowo, ktore go uzdrowi i uwolni. Amen! Piekne to dzisiejsze spotkanie, laczylam sie i modlilam sie za wszsytkich wylewajac lzy i doswiadczajac uzdrowienia i uwolnienia.
Dziekuje Wam.
A tatuaze ma moj syn :) nie Agnieszka :) mam nadzieje ze
sie oboje nawroca. Zycze wszelkiego blogoslawienstwa dla
calej Waszej wspolnoty, piekna nazwa! A ja od 2001 roku
w Jezusa Zyje u sw St Kostki na Zoliborzu. Tam sie
nawracalam i Pan mnie uzdrowil z depresji i dal nowe
zycie. Amen!
Ze spokojem jutro pojde na egzamin, choc to juz trzecie
podejscie ale mam zamiar zdac :)
Pozdrawiam
a jeszcze cos niesamowitego. po
dzisiejszej modlitwie za oknem na
niebie, po calym dniu deszczu i wsrod
jeszcze bardzo czarnych chmur ukazal sie
cudowny ognisto-bialy oblok! Oblok od
Pana!
Pan bedzie prowadzil, nawet daje mi znac
darami natury :))
Alleluja! Krzysiu
Monika Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Anna Szczęść Boże! Bóg zapłać za piękną modlitwę za moją mamę Łucje i za Przemka. Mam nadzieję, że z Waszej wielkiej modlitwy wyniknie jakieś dobro. Podczas modlitwy osoba prowadząca powiedziała, że mama Przemka modli sie razem z nami słuchając transmisji. Małe sprostowanie mama Przemka nie wiedziała o dzisiejszej modlitwie za niego. Pozdrawiam i jeszcze raz wielkie dzięki:-) Mateusz Pokój i dobro!
Bardzo dziękuję za modlitwę
w mojej intencji. Jeszcze czuję ból ręki, ale wierzę,
wiem, że jestem uzdrowiony i uwolniony od więzów
międzypokoleniowych. Nie mogłem odpisać, ponieważ
byłem w Zakopanem i dopiero wczoraj wróciłem. Jeśli
chodzi o studia doktoranckie, to miałem wątpliwości, czy
jestem na własciwym miejscu i uważałem, że moje
zdolności są zbyt słabe. Chciałem zrezygnować ze
studiów, jednak Pan udzielił mi reprymendy i powiedział
m.in.: "wystarczy ci Mojej łaski. Moc w słabości się
doskonali". Zdałem egzaminy na 5 (tylko jeden na 4.5).
Temat pracy doktoranckiej: "Misterium salutis per
Christi w polskiej teologii posoborowej", tak więc praca
będzie dotyczyła uzdrowień dokonanywanych przez Jezusa.
Słowa, które skierowal do mnie Pan, przez Pana usta
dodały mi ufności, iż po coś tam jestem i będą tego
owoce.
Jesteście wspaniali
wspaniałością Jezusa. Jemu chwała za wszystkie akty
miłosierdzia względem nas! Pamiętam w modlitwie. Niech
Pan Was obficie błogosławi!
Magda Witam Was serdecznie Kochani i słyszę. Niniejszym
pragnę gorąco podziękować za tak wspaniałą i piękną modlitwę
wstawienniczą i za słowa otuchy. Za słowa, dzięki którym nigdy nie
utracę nadziei w to, że mój mąż w końcu przejrzy na oczy. Wasza modlitwa
ma potężną moc. Będę się z Wami jeszcze niejednokrotnie łączyć za
pośrednictwem Internetu. Jesteście cudowni. Tak gorąco modlicie się za
innych. Niech Dobry Bóg Wam Gorąco BŁOGOSŁAWI. Jadwiga (Niemcy) 20 lat łuszczycy na całym niemal ciele. Chwilowe poprawy, niekończące się leki, terapie, lekarze- i ciągłe bardzo ostre nawroty. Kiedy jeden z lekarzy stwierdził, że ten poważny już stan na całym ciele wskazuje wyraźnie na duchowe pochodzenie , a nie czysto fizyczne, skórne, czy bakteryjne tej choroby- przyszedł czas na modlitwę. Jadzia cały czas zanosiła do Boga swoje modlitwy z prośbami- o uzdrowienie swoje również. W końcu poprosiła naszą wspólnotę o wstawiennictwo- i stało się. Pan nasz wysłuchał naszego wołania- w ubiegłym tygodniu łuszczyca ustąpiła całkowicie, nawet nie pozostawiając blizn. Chwała miłującemu Jezusowi! Janusz (Warszawa) Dziękuję i pozdrawiam. Chwała Panu ! Hania ___________________________________________________________________________________________________________ Oskar (5 lat- Kędzierzyn Koźle) Wielbi dusza moja Pana i raduje się serce moje w Nim. On jest naszą nadzieją i po raz kolejny okazał swoje, tak ogromne miłosierdzie. Chwała Ci Panie nasz i Boże. Diagnoza sprzed 3 lat: Oskar ma guza w głowie i to w takim miejscu, że przy tej wielkości nie mógł być operowany. Kartka pocztowa do mnie i mojej mamy z dnia 14.09.2009 r. Pozdrowienia z Kędzierzyna-Koźla zasyłają Basia, Edek i Oskarek. Dziękujemy za modlitwę i wsparcie w ciężkiej chorobie naszego synka.. Ostatni rezonans wykazał całkowitą remisję. Mamy nadzieję, że to co najgorsze już za nami. Choroba zaczęła się, gdy Oskar miał 5 lat, więc teraz ma ponad 8. Gdy dowiedzieliśmy się o chorobie i całej trudnej sytuacji u naszej kuzynki Basi, byliśmy w szoku. Szczęśliwa młoda rodzina z pierwszym utęsknionym synkiem. A tutaj diagnoza porażająca: nowotwór. Dziecko bardzo cierpiało Ja od razu poprosiłam naszą wspólnotę Odnowy o modlitwę. Była ona ponawiana wielokrotnie i chociaż wieści nie były zbyt optymistyczne, to małe światełka rozbłyskały co jakiś czas. Ze stanu beznadziejnego, gdzie choroba wyniszczała ruchliwego, wesołego chłopczyka zaczęły pojawiać się wieści pozytywniejsze. Oskar wychodził z kolejnych infekcji. Po chemiach był bardzo słaby i nie wolno go było odwiedzać. Jego mama zamieszkała z nim w szpitalu. Stan Oskara był ciężki. W domu prawie nie bywał. Stan psychiczny Basi był coraz gorszy. Ja w rozmowie z rodziną wciąż powtarzałam, że nie możemy się bać o tym rozmawiać, a przede wszystkim musimy zachęcać się do modlitwy. Ania była właśnie ze wspólnoty Odnowy z K-Koźla, więc też poprosiłam ich o modlitwę. Ala (4 latka-
Białystok) Mariusz i Renata
(Piotrków Trybunalski) Bogdan (Nowy Targ) Małgosia (22 lata-
USA) Witold (lat 50 z
Chodziezy) Otwarcie nowego życia
albo rozważanie po seminarium Ludmiły
Tuzowej- Kijów Rok obudzenia
Druga połowa naszego rodzinnego życia w Kijowie była
mniej więcej spokojna. Co niedzielę myśmy chodzili do kościoła, życie
tak sobie po cichu biegło. Po Sylwestrze 2009 roku, wszystko
szybko zaczęło się zmieniać. Krościenko nad Dunajcem, Carlsberg, Nowy
Targ... Sens życia
Zawsze szukałam sensu życia ale nie mogłam go
znaleźć. Teraz już go znalazłam. Sens mego życia – to droga ku
Chrystusowi. Co to znaczy dla mnie osobiście? Oczyszczenie duszy i serca
od wszystkich grzechów. Wiem jakie to bolesne – wyznać swój grzech do
końca. Ale także wiem jakie to wielkie szczęście – odczuć przebaczenie.
Długie poczucie winy, które było we mnie, służyło memu duchowemu
rozwoju. To było dla mnie pierwsze otwarcie seminarium. Wiara A główna - to Wiara. Wiara w spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym. I dla tego spotkania trzeba już teraz „być cichego i pokornego serca”, żeby żyła we mnie wiara, iż bez Chrystusa nie potrafię nic uczynić. „Twoja wiara cię ocaliła”. Jak mieć taką wiarę? Miłość większa od sprawiedliwości To dla mnie kolejne otwarcie seminarium, bardzo ważne dla codziennego życia. Ma znaczenie tylko wiara, która działa przez miłość. „Tak trwają Wiara, Nadzieja, Miłość – te trzy: z nich zaś największa jest Miłość.” Ludzka sprawiedliwość bez miłości nic nie znaczy. Skrzydła i pustka
Modliliśmy razem ze Wspólnotą ale w Kijowie. Nie
miało większego znaczenia to, iż nas rozdziela ponad tysiąc kilometrów.
My takoż bardzo mocno odczuwali u nas obecność Ducha Świętego. Byliśmy
bardzo radośni i odczuwaliśmy niezwykłe podniesienie, iż Eugeniusz
stwierdzał, że mu urosły skrzydła. Chwila słabości W ubiegłym roku mój brat był chory na raka. Dziesięciopiętrowy szpital w Moskwie był pełny bólu, cierpienia, rozpaczy, strachu, łez i śmierci. To trudno było wytrzymać. Brat wyzdrowiał. Chcieliśmy zapomnieć o tych trudnych czasach. Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłam w modlitwie wstawienniczej za chorych, odczułam w sobie jakiś opór. Nie chciałam powrotu tych strasznych wspomnień ale pomyślałam – kim jestem? Jak wiele jeszcze we mnie egoizmu? Jaka jest prawda w stosunku do mnie? I ogarnął mnie wstyd. Ale to była chwila słabości, którą Jezus mi wybaczył. Teraz z całego serca modlę się za potrzebujących i myślę, iż to jest wielki dar Pana Boga, wielkie szczęście pomagać czynem, słowem i modlitwą. To jeszcze jedne otwarcie dla mnie seminarium. Dziękczynienie Nie byłam obok Was podczas seminarium. Ale słyszałam Wasze głosy, modliłam się razem z Wami i otwierałam dla siebie nowe życie. Jak wyście się pięknie modlili! Myślę, iż Duch Święty zawsze był razem z Wami. I ja w Kijowie to odczuwałam. Może dlatego, jak mówił Ojciec Pio: „Bogu się służy tylko wówczas, kiedy mu się służy tak, jak On chce.” W okresie seminarium obudziła się we mnie wielka wdzięczność Panu Bogu za Wiarę, za życie, za codzienną radość, za to, iż na swojej drodze życiowej spotkałam Krzysztofa, Faustynę i Wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym z Nowego Targu. Niech będzie chwała Panu! __________________________________________________________________________________________
Świadectwo
Krzysztofa Na początek chciałem się przedstawić, jestem żonaty mam dwoje dzieci. W moim życiu nie wszystko poukładało się tak jak sobie marzyłem, kiedyś chciałem być mechanikiem, inaczej się to wszystko ułożyło chce o tym opowiedzieć, na początku zacznę od przestrogi Pamiętajcie skutki palenia marihuany są na całe życie! Ja zacząłem niewinnie, pewnie jak każdy a było to w USA, większość społeczeństwa pali tam trawę, i nikt nie robi z tego, jakiegoś wielkiego problemu, wszyscy wmawiają sobie to samo kłamstwo, mogę przestać kiedy chce. A naprawdę tak nie jest ja przekonałem się na własnej skórze. Mając 19 lat zacząłem palić, poczęstowali mnie koledzy. Na początku paliłem z nimi ponieważ oni mieli trawę, ale później musiałem kupować. To wszytko wydawało mi się fajnie, takie niewinne, po prostu nazywaliśmy to imprezowaniem! Powiem wam jeszcze jedną ciekawą rzecz na temat USA, alkohol jest tam sprzedawany od 21lat papierosy od 18 lat, i bardzo kontrolują dowody os. podczas zakupu, a narkotyki są dostępne na każdym kroku. Ja chodziłem do liceum w dobrej dzielnicy, kamery ochrona to wszytko pozór, narkotyki żyją tam swoim trybem i rozprzestrzeniają się jak zaraza, właśnie od szkoły się zaczęło. Oczywiście cały czas tłumaczyłem sobie kłamstwem, że trawa to nie narkotyk, i że mogę przestać kiedy chcę, i że nie jestem uzależniony no bo przecież tyle ludzi pali w szkole no i wszyscy jakoś żyją. Jak się przekonałem, największym kłamstwem jakie sobie wpajałem to było to że mogę przestać kiedy chcę i że nie jestem narkomanem. Oczywiście moi koledzy też tak uważali. Po prostu paliłem kiedy tylko mogłem, bardzo często. Poprzestał interesować mnie świat, pierwszym krokiem stronę samozniszczenia było rzucenie szkoły, Uważałem po co potrzebna mi szkoła kiedy jestem taki mądry jakoś to nadrobię zdam testy, wtedy jeszcze nie byłem mocno uzależniony, paliłem w weekendy, chodziłem jeszcze wtedy do pracy, starałem się być normalny. Następnym etapem który pogrążył mnie już totalnie to była muzyka techno. Muzyki techno zacząłem słuchać już w Polsce a było to w latach 95- 96, po wyjedzie do stanów słuchałem tej muzyki cały czas no i coraz bardziej i głębiej zacząłem się tom muzyką interesować. Kiedy zacząłem palić trawę i słuchać muzyki techno to dopiero wtedy był dla mnie odlot!!! Mój kumpel który też słuchał muzyki techno zaproponował mi wtedy żebyśmy, byli dj-ami, mówił mi wtedy że djeje są sławni i mają bardzo dużo kasy nie muszą pracować no i cały czas imprezują, ja oczywiście uwierzyłem w te bajki. Zaczęliśmy robić Cd z mixami, no i grać na różnych imprezach. Ale pokłóciliśmy się no i każdy poszedł w swoją stronę. Mi wydawało się że jestem super djejem, że muzyka techno i trance jest cudowna muzyką, oczy-wiście cały czas podczas grania na imprezach i podczas tworzenia tych moich mixów paliłem trawę i to bardzo mocno, dochodziło do tego że paliłem kilka razy dziennie, czyli cały czas chodziłem nawalony. Uważałem że jestem dobry w tym co robie, imprezowanie to było całe moje życie, myślałem tylko cały czas o robieniu muzyki, organizowaniu imprez no i o jaraniu trawy. Cały czas wydawało mi się że trawa mi daje siłę. Nikt z rodziny mnie nie interesował wszystkich kłamałem na każdym kroku. Odpowiedzią na każde moje przewinienie, jakieś zapomnienie było kłamstwo, a że byłem non stop pod wpływem narkotyków to już nie odróżniałem kłamstwa od prawdy, wydawało mi się że kłamstwo to prawda. Powiem tylko tyle, że tak byłem zakręcony, że nic mnie nie interesowało żeby tylko sobie zapalić no i żeby wszyscy dali mi spokój. Nie pracowałem, imprezowałem nocami a w dzień spałem, kiedy rodzice lub znajomi umawiali się ze mną, zawsze zapominałem usprawiedliwiałem wszystkie moje przewinienia kłamstwami. Kiedy moja kochana mama chciała mi pomóc bo widziała że jest ze mną źle, ja uważałem że ona chce mnie skrzywdzić, budziła się wtedy we mnie straszna agresja, przeklinałem po prostu byłem bardzo chamski, a przecież moja mama chciała tylko pomóc. Po dwóch latach bycia w silnym nałogu palenia marihuany, trawka zaczęła mi nie starczać sięgnąłem po inne narkotyki typu kokaina i amfetamina. W dalszym ciągu uważałem, że nie jestem narkomanem, że mogę przestać kiedy tylko chcę. A na temat tych nowych narkotyków, które pojawiły się w moim życiu uważałem, że tylko spróbuje koledzy zresztą tylko podszeptywali mi weź tylko spróbuj to nic złego nie musisz tego zażywać tylko spróbuj. Przecież ty masz kontrolę nad tym wszystkim. Ja uwierzyłem znowu w te bajki, no i szedłem dalej w to bagno. W pewnym momencie mego życia nic dla mnie się nie liczyło tylko trawka, po prostu musiałem, ją palić jak nie miałem, co zapalić to cały świt mnie wkurzał po prostu nie chciało mi się żyć. Miałem straszną depresje nic mnie nie cieszyło, miałem wszystko ale jak nie miałem trawy to nie miałem nic. Trawa była dla mnie lekarstwem ucieczką od tego świata, od codziennych problemów, od odpowiedzialności, kiedy sobie zapaliłem, byłem gdzie indziej, nic mnie nie interesowało. Miałem dziewczynę która była w ciąży z moim dzieckiem, i wcale się tym nie przejmowałem. Kiedy urodził mi się syn przestałem palić na 3 tygodnie, kiedy przestałem palić świat wydawał mi się nie do zniesienia, zacząłem chodzić do pracy, ale było to tylko parę dni. Nie mogłem doczekać się kiedy znowu zapale, wtedy mówiłem sobie że muszę przestać, spróbowałem i było bardzo ciężko. Po prostu straszna depresja. Chciałem dodać, że moja kochana Mama nie poddawała się ani na chwilę, tylko modliła się za mnie nieustannie. Jakimś cudem w lato 2002 wysłała mnie na światowy dzień młodzieży, do Kanady. Było to w Toronto. Widziałem wtedy ten jeden raz na własne oczy Jana Pawła II. Oczywiście ja nie chciałem tam jechać ale udało się i dotarłem. Była tam młodzież z całego świata, niesamowite przeżycie. W ostatni dzień miał przylecieć Jan Paweł II, było to na lotnisku. Dotarliśmy tam dzień wcześniej i spaliśmy w namiotach. Wszystkich uczestników było wtedy około 800 000- było to wspaniałe tyle ludzi w jednym miejscu. Na drugi dzień przed przylotem papieża była straszna burza. Niebo całe czarne, mocno padał deszcz, no i do tego silny porywisty wiatr. Kiedy nadleciał Jan Paweł II wszystko to, cała ta burza rozeszła się w parę minut i nad całym lotniskiem zaczęło świecić słońce. Był to niesamowity cud, ponieważ nie zanosiło się na to aby była ładna pogoda. Jan Paweł II przywiózł wtedy moc Ducha Świętego. Pomimo tego, że wszyscy byli mokrzy, byli pełni radości, śpiewali cieszyli się. Zrozumiałem wtedy, że ludzie potrafią bawić się nie tylko na imprezach ale i wielbiąc Boga. Kiedy wracaliśmy do domu poznałem pewną dziewczynę, która zaprosiła mnie na odnowę w Duchu Świętym. Udało mi się wtedy iść na 3 spotkania, ale kiedy chciałem jechać na 3 dniowe rekolekcje, moja dziewczyna wpadła w szał i nie pozwoliła mi jechać. Niestety nie udało się. Poczułem wtedy potrzebę zmiany swojego życia. Spadłem z powrotem na dno- zacząłem znowu palić dużo trawy, było bardzo ciężko. Świat na trzeźwo wydawał się nie do zniesienia. Myślałem wtedy, że już nigdy się nie uwolnię od palenia trawy. Po prostu musiałem palić żeby jakoś funkcjonować, a kiedy paliłem popadałem w jeszcze większą depresję. Nie wiedziałem już jak z tego wyjść. Czułem, że jest już źle, ale myślałem, że jeszcze jakoś sobie poradzę. Niestety sam nic nie mogłem zrobić. Przez zażywanie środków odurzających, nie zdawałem sobie w ogóle sprawy z tego co robię ani z kim się spotykam. Zadawałem się z ludźmi, którzy też używali. Kumpel namówił mnie żebym gdzieś z nim jechał do kolegi coś zawieść, pojechałem, zatrzymała nas policja, w aucie były środki odurzające. Po prostu wpadliśmy w ręce amerykańskiej policji. Byłem zdruzgotany. Pierwszy raz wtedy miałem przystawioną broń do głowy. Wylądowałem w więzieniu federalnym, jedyne co wtedy przyszło mi do głowy to prosiłem Boga o ratunek. Byłem zamknięty z prawdziwymi przestępcami, po prostu to było tragiczne przeżycie, nikomu tego nie życzę. Błagałem wtedy Jezusa o ratunek, o to żeby wyciągną mnie z więzienia, obiecałem wtedy Bogu ze przestane brać narkotyki, chciałem tylko wyjść, tak bardzo potrzebowałem pomocy. Jezus uwolnił mnie z wiezienia. Właśnie wtedy po tym pobycie w wiezieniu zrozumiałem ze nie warto jest brać narkotyki, skutki jakie to pociąga są drastyczne. Jezus wtedy właśnie pokazał mi że mnie kocha i nie chce żebym zginął. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, postanowiłem wyjechać, była to bardzo trudna decyzja, ale z drugiej strony wiedziałem że zaraz po wyroku i tak mnie deportują, oprócz tego otrzymywałem pogróżki. Postanowiłem wtedy wyjechać do Polski i zacząć życie od nowa, skończyć z narkotykami raz na zawsze, oczywiście nie było łatwo. W Polsce wiedziałem że będę sam tam w stanach była cała moja rodzina. Z narkotykami nie było łatwo skończyć ale Jezus mi pomógł i wyszedłem z tego, oczywiście miałem upadki i nawroty do brania, ale wtedy z każdym upadkiem rozumiałem jedno że muszę jeszcze mocniej powiedzieć NIE, wstać twardo na nogi i iść dalej. I z pomocą Bożą tak się stało. Kiedy byłem już w Polsce ciężko było mi stanąć na nogi, skończyłem z narkotykami ale w to miejsce narkotyków przyszedł alkohol, miałem straszną depresje uważałem że zmarnowałem sobie życie i już nic dobrego się nie wydarzy. Moja depresja po powrocie była straszna byłem zamknięty w czterech ścianach, kiedy już nie mogłem sobie poradzić poszedłem do psychiatry zacząłem brać leki ale nie pomagało. W Polsce trafiła mi się praca jako Dj. Nie chciałem tego robić ale jakoś, myślałem że nie mam innej opcji. Nie zdawałem sobie sprawy czym jest muzyka techno, nie wiedziałem, że jest demoniczna, i pochodzi od szatana. Nawiązując do teraźniejszości chciałem powiedzieć parę słów na temat muzyki techno. Będąc we wspólnocie Odnowy w Duchu Św. w Nowym Targu zrozumiałem parę ważnych rzeczy oraz poznałem wspaniałych ludzi. Jednym z nich jest Andrzej. Dzięki niemu miałem możliwość wysłuchania świadectwa Leszka Dokowicza o muzyce techno. Słuchałem no i uderzyło mnie bardzo mocno- w takim bagnie tkwiłem, zachwycałem się tą muzyką przez tyle lat, nie mogłem uwierzyć! Zrozumiałem wtedy, że szatan jest największym kłamcą na świecie i zdobywa ludzi właśnie przez kłamstwo. Mówi nam, że białe to czarne i chce żebyśmy w to wierzyli. Wpaja ludziom niesamowite kłamstwa i obłudy a ludzie się na to łapią. Tak było właśnie z muzyką techno. Po wysłuchania świadectwa pana Leszka, nie mogłem spać, zrozumiałem że muzyka techno tak naprawdę okłamuje ludzi, okłamuje tych którzy ją słuchają. Nie mogłem uwierzyć że przez tyle lat słuchałem tej muzyki i ko ona ale i byłem dj, maiłem klapki na oczach. Powiem wam tyle że muzyka techno jest satanistyczna nie tylko ona ale i cała kultura tej muzyki, i innych od niej pochodnych typu trance, dance, house. Ludzie podczas słuchania tej muzyki otrzymują krótkie przypływy szczęścia, które zniewalają do następnego słuchania. A co ciekawe im więcej słuchasz tym idziesz dalej. Jeżeli dodamy do tej muzyki jeszcze narkotyki syntetyczne już jest mieszanka wybuchowa. Mówiąc dalej o muzyce techno mogę powiedzieć tyle i to z mojego doświadczenia że jest to zniewalająca muzyka satanistyczna która popycha w stronę narkotyków i zniewala ludzi bardzo mocno. Narkotyki w połączeniu z ta muzyką prowadzą do całkowitego spustoszenia organizmu i sumienia ludzkiego . Ta muzyka jest tak skonstruowana aby zniszczyć naszą młodzież. Przede wszystkim jest ona zaprzeczeniem wszystkiego co piękne czyste jak i Boskie. Ta muzyka ma na celu jedno zniszczyć naszą młodzież, nowe pokolenie, zniszczyć sumienie, moralność, czystość. Ta cała kultura techno jest zapakowana w kolorowy papier oznaczona prześlicznie kolorowymi symbolami (które są znakami szatańskimi) i to wszystko jest przed-stawiane młodzieży, jako miłość, zjednoczenie, coś wspaniałego pięknego, bycie w ekstazie. Dlatego młodzieży wydaje się że to jest dobre bo nie jest świadoma czego tak naprawdę słucha. Tak naprawdę to jedno wielkie kłamstwo, bo przecież szatan jest największym kłamcą i kłamstwo jest jego najskuteczniejszą bronią i w taki sposób atakuje młodzież i robi to bardzo sprytnie tak aby ludzie tego nie widzieli. Przecież dzisiaj dyskoteki to świątynie szatana inaczej mówiąc. Jeżeli popatrzymy w głąb tej muzyki techno, tych dyskotek, tej zabawy, tych imprez, którymi młodzież jest zafascynowana, to owocami tego wszystkiego są same grzech i przekraczanie przykazań Bożych, nierząd, nieczystość, nie szanowanie życia, kłamstwo, pycha, pożądanie, perwersja, zboczenie i inne. Jeżeli nazywamy rzeczy po imieniu to często słyszy się że przecież oni tylko idą się pobawić! Nie tak naprawdę idą grzeszyć i służyć szatanowi, wiem co się tam dzieje bo sam byłem dj i grałem na dyskotekach. Dlatego musimy chronić naszą młodzież i uświadamiać ich że muzyka techno i wszystkie dyskoteki imprezy są działaniem złego ducha w celu spustoszenia sumienia i zniewolenia człowieka w grzechu. Szatan chce zniszczyć człowieka i działa w dzisiejszych czasach mocno przez kłamstwo, jest na każdym kroku nie tylko w muzyce techno, dlatego musimy być czujni, i musimy prosić o łaskę Ducha św. Abyśmy mogli odróżniać co jest dobre a co złe. Dziękuje Bogu za świadectwo Leszka Dokowicza i zapraszam wszystkich do wysłuchania go. Można je łatwo znaleźć w Internecie. Kończąc o muzyce techno chciałem powiedzieć dalej co wydarzyło się w moim życiu Kiedy byłem dj byłem zniewolony muzyką techno no i grałem za te parę groszy, używałem alkoholu. Myślałem że już nic mi się nie uda, wtedy Poznałem moją żonę, ona wyciągnęła mnie z pomocą Matki Bożej z djowania. Zabrała mnie na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Szatan walczył o mnie żebym nie poszedł, wydawało mi się że nie dam rady. Po pierwszym dni chciałem się poddać byłem zmęczony, ale ofiarowałem to wszystko Matce Bożej, przystąpiłem do spowiedzi i komunii, i to dawało mi siłę aby iść dalej, prosiłem wtedy Matkę Bożą o zmianę życia o zmianę pracy, powierzyłem jej siebie. Z trudnościami ale doszedłem do Częstochowy, czułem niesamowitą obecność Boga. Po powrocie z pielgrzymki Na efekty nie trzeba było czekać dużo, po miesiącu rzuciłem djowanie, kiedy z tym skończyłem prosiłem Boga o inną prace, normalną, i wszystko jakoś zaczęło się układać w moim życiu. Kiedy zacząłem pracować w innej branży poukładało się wszystko, ale muszę przyznać, że znowu za dużo pochłonęła mnie praca. Ożeniłem się, i właśnie dzięki mojej kochanej żonie i kochanej mamie no i z pomocą Matki Bożej miałem bezalkoholowe wesele, Myślę że to był cud od Matki Bożej ponieważ nasze rodziny są zniewolone alkoholem. Stało się to i dziękuję Bogu za tak wielką łaskę. Później urodziła mi się córka, no i zaczęło jakoś się układać. Byłem już wolny od narkotyków ponad 6 lat i postanowiłem skończyć tak samo z alkoholem, nie piłem już prawie pół roku, zdawałem sobie sprawę że wszystko co mam pochodzi od Boga ale, właśnie ta praca i pieniądz zaczęły mnie zniewalać. Bóg był w moim życiu ale nie był na właściwym miejscu, właśnie był ale nie był na właściwym miejscu! Nie spodziewałem się w ogóle tego co stało się dalej w moim życiu. Po siedmiu latach strona amerykańska wysłała papiery o moją ekstradycje do USA W celu doprowadzenia mnie przed sąd. Zostałem aresztowany, myślałem to już koniec dla mnie. Kiedy policja mnie zabierała żona dała mi różaniec. Dostałem go dopiero z powrotem w więzieniu. Było mi bardzo ciężko, ściany wyklejone pornografią, niezbyt mili ludzie no i jak tu się modlić. Ale nie poddawałem się modliłem się do Jezusa o uwolnienie i całkowitą odmianę mojego życia, modliłem się na różańcu chociaż było mi bardzo ciężko. No i stało się sąd oddalił wniosek o wydanie mnie do USA. Kiedy wyszedłem wiedziałem że będę miał sprawę w Polsce, spodziewałem się wyroku w zawieszeniu, ponieważ tak to wyglądało według polskiego prawa. Ilość z jaką nas zatrzymano to była niewielka Według amerykańskich paragrafów tam grozi za to nawet do 20lat w Polsce dużo mniej . Kiedy wyszedłem z więzienia brat zaproponował żebyśmy pojechali na spotkanie odnowy w Duchu św. W Nowym Targu. Pojechaliśmy a wtedy akurat była msza św. Ojca Witko o uzdrowienie W kościele św. Katarzyny. Podczas tej mszy którą bardzo przeżyłem, przystąpiłem do spowiedzi, i komunii św. Pragnąłem tego jak nigdy wcześniej w swoim życiu. Jezus przyszedł do mnie i uzdrowił mnie, z grzechu z którym sobie nie mogłem poradzić tyle lat to było coś niesamowitego, poczułem wtedy miłość Jezusa do ludzi. Wpadła mi wtedy w ręce książka ojca Witko „Nie bój się, wierz tylko”, bardzo mi ona pomogła. Zrozumiałem przez nią że Jezus kocha każdego, kocha cię takim jaki jesteś, On zna cię najlepiej, zna twoje grzechy, przychodzi i podaje ci rękę i mówi, nie bój się pójdź za mną, wystarczy mu powiedzieć tak. Ja właśnie tak zrobiłem, powiedziałem Jezusowi Tak. Zacząłem też należeć do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym „Droga święta”. Wspólnota pomogła mi zrozumieć bardzo dużo rzeczy których nie rozumiałem, odnowiły się we mnie dary Ducha Świętego. Zacząłem inaczej patrzeć na świat. Zrozumiałem też jedną bardzo ważną rzecz: jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu to wszystko inne jest na właściwym. A z moją sprawą było tak: po pozytywnym wyroku dla mnie prokuratura się odwołała, i sprawa wróciła do sądu. Zacząłem bardzo się przejmować tą sprawą, myślałem co dalej no i było mi bardzo ciężko. Zacząłem wtedy coraz bliżej zbliżać się do Boga, ale upadki zdarzały się, ale podnosiłem się aby iść dalej. Zacząłem rozumieć jaki jest sens naszego życia, i że ważne jest abyśmy sami sobie wybaczyli bo Jezus nam wybaczył bo on nas kocha! W mojej głowie cały czas biłem się z myślami w sprawie ekstradycji. Moją sprawę powierzyłem Bogu całkowicie, ale non stop miałem jakieś słabości zwątpienia. Rozmawiałem z Jezusem jak z moim najlepszym przyjacielem ale i cały czas upadałem. Ksiądz powiedział mi żeby całkowicie w takich trudnych chwilach powierzać wszystko Jezusowi, mówiąc Jezu ufam tobie! We wtorek 27 stycznia było mi bardzo ciężko, spotkałem się z Krzysiem naszym liderem z odnowy i rozmawialiśmy, podarował mi różaniec z Medjugorie i powiedział abym się modlił Pan pokieruje wszystkim. Na drugi dzień zadzwoniła do mnie pani adwokat a byłą to piękna słoneczna środa, powiedziała mi że chce się ze mną spotkać. Bez zastanowienia zgodziłem się, i całkiem beztrosko wyruszyłem do Nowego Sącza. Dzień jak każdy inny po prostu normalny, żona dała mi pismo św. Wziąłem też różaniec aby się pomodlić podczas drogi. Zapiąłem pasy co rzadko robiłem no i wyruszyłem. Dzień był piękny słońce świeciło Samochody którym się spieszyło mijały mnie ja jechałem sobie spokojnie i modliłem się. Kiedy zbliżałem się do Krościenka, myśl przyszła mi do głowy że zachwycamy się marnościami tego świata, modliłem się wtedy na różańcu, aż tu nagle skoda która jechała znad przeciwka zjechała na mój pas ruchu i uderzyła najpierw bokiem w toyotę która była przede mną a później zderzyła się czołowo z moim samochodem. Wtedy wszystko zatrzymało się przed moimi oczami, całe życie mignęło mi jak jedna sekunda, wydawało mi się że to już koniec, myślami wezwałem Matkę Bożą, RATUJ!!! Poczułem wtedy jakby taki dotyk ochronny. Po zderzeniu ocknąłem się w samochodzie, samochód zbity całkowicie porostu kasacja, patrzę się jestem cały, nie mogłem się wydostać z auta wyszedłem przez okno i wpadłem do rowu. Byłem cały obity, ledwie stałem na nogach. Pomyślałem wtedy dziękuję ci Maryjo że mnie ocaliłaś. Dziękuję ci Jezu że żyję. Uklęknąłem wtedy na drodze i mówiłem. Dziękuję ci Jezu że mnie ocaliłeś dziękuję ci Jezu że mnie tak bardzo kochasz. Dziękuję ci że ocaliłeś tych wszystkich ludzi z wypadku. Zrozumiałem wtedy jak mocno Bóg nas kocha każdego z nas, każdego kto był na tej drodze, każdego kto był w tym wypadku, wszystkich którzy tam byli. Jezus mnie wtedy ocalił i powiedział mi że kocha mnie takiego jakim jestem, on kocha każdego z nas, w tym momencie i w tej sekundzie kiedy to czytasz, Jezus cię Kocha, wystarczy że powiesz mu tak i otworzysz serce swoje na miłość Jezusa. On kocha każdego z nas bez wyjątku, zna nas najlepiej od naszych pierwszych sekund istnienia. Po tych przeżyciach, za wierzyłem swoje życie Jezusowi całkowicie, i to nie ja już żyję lecz żyje we mnie Chrystus. Bóg jest miłością i pragnie abyśmy otworzyli serce swoje na jego miłość która płynie nieustannie każdego dnia do nas wystarczy że powiesz mu TAK i otworzysz serce swoje które się napełni miłością Bożą a ta miłość będzie płynąć dalej i wzrastać w twoim otoczeniu. Czego mam się lękać kiedy ty Panie jesteś ze mną! Króluj w każdym z nas.
Odpuszczenie grzechów Świadectwo Ludmiły Tuzowej z Kijowa Początek 2009 roku był dla mnie cudowny. Sylwester spędziłam razem z małżonkiem w Krościenku nad Dunajcem na Kopiej Górce. Na rekolekcjach oazowych u ks. Adama Wąsika zebrali się ludzie z otwartymi i czystymi sercami. Zapoznaliśmy się tu z Krzysztofem Kabatem – liderem nowotarskiej Odnowy w Duchu Świętym. Takie spotkania zbliżają nas do Boga. Jak napisano w psalmie 92: „...wydadzą owoc, zawsze pełni życiodajnych soków, aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy.” Krótko o sobie. Urodziłam się w Rosji na Uralu w Jekatierinburgu. Wiara w Chrystusa w rodzinie była złamana represjami i zsyłkami sowieckimi. Ale moja wbrew wszystkiemu wierząca babcia ochrzściła mnie od razu po narodzeniu. I to ziarno Ducha Świętego zaowocowało we mnie po latach. W mojej rodzinie, którą założyłam w Kijowie, z czasem wynikły problemy i brak pewności w przyszłość. Dlatego po urodzeniu córki Kasi, gdy zaszłam znowu w ciążę, bez żadnej wątpliwości zdecydowałam się na aborcję. Małżonek zaakceptował moją decyzję. W Związku Sowieckim aborcję uważano za zwykły zabieg chirurgiczny. Ginekolog w czasie operacji wesoło ze mną żartowała, abym mniej odczuwała ból. Po aborcji byłam zadowolona i czułam się dobrze. Po kilku dniach z wdzięcznością podarowałam ginekologowi wielką wiązankę czerwonych goździków. Na początku lat 90. XX wieku do Kijowa przybyli polscy księża. Często spotykaliśmy się z nimi w naszym domu. Od tego momentu zaczął się nowy okres mego życia. Jestem bardzo wdzięczna memu małżonkowi Eugeniuszowi, iż od tego czasu, najpierw nie bardzo pewnie, a potem z całą stanowczością powiedziałam Panu Bogu – Tak! Po tej decyzji wzięliśmy ślub w kościele pw. Św. Mikołaja w Kijowie. I nastąpił dzień, w którym Duch Święty pozwolił mi ujrzeć własne życie w innym niż przedtem świetle. To było jak błyskawica, w świetle której cały świat naokoło zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Moje sukcesy i zadowolenie własną osobą były zrujnowane w mgnienia oka. Wartości życiowe zmieniły swoją orientację. To - za co obdarowywałam kwiatami – zaczęło wyglądać jako grzech śmiertelny. To była niespodzianka. Nie mogłam dać sobie rady z szokiem. Wiele płakałam. A potem mając lat 48 poszłam pierwszy raz w życiu do spowiedzi świętej. Psalm 51 jako pokuta mnie nie zaspokoił. Mój grzech był zawsze przede mną. Bardzo mnie męczyła myśl o dziecku, które się nie narodziło, a któremu Bóg chciał darować życie. Straszyła mnie myśl, iż sama nie pozwoliłam mojemu dziecku zobaczyć ten piękny świat. Potem zobaczyłam, co pozostaje po aborcji od dziecka. Z tym niemożliwie było żyć. U teologa katolickiego Romana Guardini z Uniwersytetu w Monachium przeczytałam: „Co powinno się zdarzyć, aby grzech został odpuszczony? Człowiek powinien uświadomić sobie ciężar grzechu. Zobaczyć swój grzech... Przez przebaczenie Boskie nie jestem więcej grzesznikiem przed Jego świętą prawdą, przed głęboką odpowiedzialnością własnego sumienia jestem teraz niewinny.” Jakie to szczęście być uwolnionym od grzechu śmiertelnego! Jakie to szczęście mieć w sercu radość i pokój! Ale jaki to ból, iż to ja przyczyniłam się do bólu Chrystusowego. Jeśli Pan Bóg przebaczył mi mój ciężki grzech – jakże i ja powinnam przebaczać moim winowajcom. W kościele kijowskim podpisałam „Przyrzeczenie Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego”. Modlę się codziennie, żeby pomóc młodym rodzinom nie popełnić taki grzech. Modlę się za duszę mojego dziecka.
W październiku 2009 roku zostaliśmy z mężem członkami Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w Nowym Targu. Jednym z zadań Wspólnoty jest wstawiennictwo za biednych, chorych i grzesznych ludzi. Dlatego chcę żeby moje świadectwo było jednym z kroków w oczyszczeniu mojej duszy i serca oraz wstawiennictwem za tych najmniejszych bezbronnych nienarodzonych dzieci.
świadectwo z Dni Skupienia wspólnoty w Krościenku „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowiek a nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.” (J 2,9b)
Jeżeli już na ziemi spotkanie z Panem może owocować tak wielką radością, pokojem i miłością, które mam łaskę przeżywać w ostatnim czasie, to faktycznie nie potrafię wyobrazić sobie na żadnej płaszczyźnie, czym jest zupełne zjednoczenie z Bogiem – Miłością! Dni skupienia, które przeżywaliśmy w naszej wspólnocie 17-18.10. w Krościenku, były dla mnie kolejnym krokiem w procesie mojego duchowego zdrowienia. Uwolnienia od siebie, od lęku, lęku przed ludźmi, opinią, odrzuceniem, przed przyszłością, uwolnienia od zniewoleń, od złych myśli… od siebie. Kolejny krok do wolności dla drugiego człowieka, w konkretnych czynach służby, otwarcia, rozmowach, smsach – gdzie się da! Pojęcia nie miałam, że taka wolność w tym tkwi, wierzcie mi – cudowne uczucie! Wolność, do której wyłam przez kilkanaście lat. Doświadczam w ostatnim czasie tak ogromnego otwarcia i miłości do drugiego człowieka, o których nigdy nawet nie marzyłam. Ja– zawsze zakompleksiony, zalękniony, zatrzaśnięty w sobie człowieczek! Chyba tak musieli się czuć Apostołowie, kiedy po czasie zamknięcia i strachu przed Żydami zostali uwolnieni, otworzeni, napełnieni Duchem Świętym – choć tamto zdarzenie było na pewno Nieporównanie większe i pełniejsze. Wymaga to oczywiście ode mnie pracy, przełamywania strachu, starego sposobu myślenia, kompleksów, blokad, oporów… bez łaski ani rusz. Boli też, ale to jest jak powtórne narodzenie. Trzeba wydostać się z bezpiecznego ograniczenia i zamknięcia, jak dziecko w trudzie wychodzi na ogromny, niezbadany, trochę przerażający świat… prosto w ramiona stęsknionej matki! I DOPIERO TERAZ zaczyna się prawdziwe życie! Czas spędzony w Krościenku był krótki, lecz bardzo intensywny w działaniu łaski, Ducha Świętego. Jest obecny we mnie! Najważniejsze dla mnie treści – owoce tego czasu były trzy: Pierwszy – treść konferencji o miłości, miłości prawdziwej, wygłoszonych przez lidera naszej Wspólnoty. Pozwoliły mi poukładać to wszystko, co w ogromnym pragnieniu miłości, kochania, dzielenia, brania, oczyszczania, tak bardzo się we mnie ostatnio kotłuje. A to wszystko jest tak ewangelicznie proste! Kochaj, po prostu kochaj, zostaw siebie i to, co Ty będziesz z tego mieć, ważne jest to, co możesz dać! Trudne? A pewnie! Ale wierzcie mi, nic na świecie nie daje tak cudownej wolności i radości, cała reszta to nędzne namiastki! Fragmenty tych konferencji znaleźć można na stronie internetowej naszej Wspólnoty: www.drogaswieta.odnowa.org Drugi– symbolika kaplicy i figury Jezusa na Kopiej Górce w Krościenku- Chrystusa – Sługi! Również odsyłam na naszą stronę do galerii – jest tam zdjęcie ukazujące figurę Jezusa w ołtarzu. Znaczenie gestu i postawy Jezusa usłyszeliśmy od goszczącej nas pani Reginy. Kiedy niewolnik przedstawiany był nowemu panu, stawał przed nim z rękami złożonymi i wzniesionymi do góry, a pan obejmował dłońmi ręce niewolnika i tym gestem brał go w całkowite posiadanie. A tu Jezus, Bóg, w postawie niewolnika, przede mną (!), przed Ojcem (z tyłu na witrażu dwie obejmujące dłonie Ojca). Powaliło mnie to na kolana… Jak to możliwe? Nie, nigdy nie będziesz mi nóg umywał, nigdy nie będziesz mi służył! Ale na tym chyba polega pokora… jeśli On mnie nie obmyje, nie będę mogła służyć tak naprawdę, na 100%. Ten gest, gest wzniesionych, złączonych dłoni stał się dla mnie najpiękniejszą postawą modlitwy, wyrażającej moje serce. Zaczęłam odtąd inaczej patrzeć na postawę modlitewną, zapomnianą już dziś trochę, którą od dziecka nas uczyli – złożonych rąk. Tak, teraz to ma sens! Trzeci – to odkrycie dokonane podczas „namiotu spotkania” – godziny osobistego spotkania z Jezusem. Szukając samotności usiadłam w samochodzie. W pragnieniu nieosiągalnej czystości, czystości intencji, miłości, zaczęłam Pana przepraszać za wszystko co złe i kulejące, a co bardzo boli i napełnia bezsilnością. Niby dobra, „szlachetna” postawa, ale…I w pewnym momencie tego bezsensownego skupiania się na swoich grzechach i słabościach wpadła mi w ręce pocztówka, którą miałam w aucie: fotomontarz przedstawiający niemowlę śpiące spokojnie w dużych męskich dłoniach, u góry napis: „Jesteś umiłowanym dzieckiem Boga!” Wtedy dotarło do mnie z mocą to, co tak wiele razy przecież słyszałam, także tam, w Krościenku, że przecież właśnie ja jestem takim brzdącem w Bożym ręku. A czego od brzdąca wymagać? Żeby biegał o własnych siłach? Czas w końcu pokochać siebie taką jaką jestem, zgodzić się na to, że jestem dzieckiem, a nie człowiekiem sukcesu. Co to znaczy pokochać siebie, tak naprawdę? No właśnie, to jest pytanie! Dopiero zaczynam przeczuwać odpowiedź, ale to przeczucie pozwala mi już się tak nie skupiać na tym czego nie mam, kim nie jestem, czego nie potrafię, trzeba robić swoje i tyle. Po prostu zaczęłam to wszystko ze spokojem Panu oddawać, starając się zaufać jak tylko potrafię. Nawet to…,że często nie potrafię. On mnie kocha właśnie taką, z takiej mnie się cieszy i jeśli to z pokorą i radością przyjmę – otworzę się także i na łaskę przemiany serca. To tylko kilka owoców dni skupienia w Krościenku, z całego kosza, który ledwo mogę udźwignąć. Postawię go więc na ziemi – proszę się częstować! J Jezusowi niech będzie chwała!!! Faustyna
„Byłem chodzącym wrakiem…” Przez osiem lat nie był w stanie mi nikt pomóc. Żaden psycholog, psychiatra, rodzina, żadna osoba. Teraz już wiem, że jednak istnieje ktoś taki, kto może pomóc, a jest nim sam Bóg. Zaczęło się w szkole podstawowej- 5,6 klasa. Napawałem się złem tego świata. Imponowali mi zawsze starsi koledzy, którzy siali zgorszenie wokół siebie. Byłem tym zachwycony. Następnie przyszła era „techno”, pornografii i różnego innego zła. Potrafiłem słuchać muzyki techno do 4.00 nad ranem, a wcale nie byłem zmęczony, wpadałem w rodzaj takiego transu i czułem ukojenie. Rano szedłem do szkoły, gdzie nie mogłem totalnie wysiedzieć, robiłem na złość nauczycielom, kolegom i bardzo mnie to bawiło. Pan Bukański zawsze najgorszy. Połknąłem bombę zła i sam nią byłem. Wtedy nie wiedziałem i nie miałem świadomości, że otwieram drzwi samemu diabłu, a on tak strasznie mnie sponiewierał. Po pewnym czasie mój mózg już tego nie wytrzymał. Byłem chodzącym wrakiem. Wpadnięte policzki, blada twarz, nie mogłem patrzeć na siebie w lustro. Przestałem z dnia na dzień chodzić do szkoły. Nauczycieli uważałem za największych wrogów. Myślałem, że ich pozabijam. Nikt i nic nie zmusiło mnie, by chodzić do szkoły. Wtedy przyznali mi indywidualne nauczanie. Byłem sam, bez kolegów, przyjaciół w domu, tylko zakładałem kaptur na głowę i techno, techno, techno. Nie mogłem w żaden sposób się uspokoić, znaleźć w czymkolwiek ukojenia. Do głowy przychodziły mi myśli samobójcze i gdyby nie pilnowali mnie moi rodzice, to na pewno bym to zrobił. Wszystko wydawało mi się jakoś dziwnie złe, szare, ponure, zupełna beznadzieja. Lęk, który mi towarzyszył od rana do wieczora był nie do opanowania. Nie dałem rady sobie z nim poradzić. Cały się trzęsłem, wszystko mi sztywniało, a brzuch ściskał mnie jak beton. Zacząłem robić w domu codziennie awantury, nawet nie wiem, z jakiego powodu. Dostawałem takiej siły, że mógłbym pokonać wszystko. Darłem się, krzyczałem, przeklinałem i rozbijałem co podeszło mi pod rękę. Gdy z moich rąk puściła się krew od uderzenia, pisałem nią ściany i wtedy byłem totalnie wyczerpany. Do tej pory nie mogę tego zrozumieć, jak moi rodzice to wytrzymywali, chyba tylko Bóg dawał im siłę, bo nie da się to inaczej wytłumaczyć. Zniszczyłem wszystko. Przez tyle lat jedno i to samo, dzień w dzień awantura. Czułem, że ktoś bardzo chce, abym taki był, abym zniszczył wszystko. Po każdej awanturze czułem się winny, obwiniałem się, żepo co to robię. To było gorsze niż wszystko. Siła i złość opuszczały mnie, a ja sam z poczuciem winy. Okropne. Nie mogłem zwrócić się do Boga, ponieważ uważałem Go za wyimaginowaną postać, jak to teraz mówi większość ludzi młodych. Panie Boże wybacz im to, bo nie wiedzą, co mówią. Panie Jezu, przepraszam Cię teraz za to. Moi rodzice nie mieli innego wyjścia, jak tylko zgłosić się do psychiatry, psychologa. Nie wiem teraz ilu ich odwiedziłem, ale kilkunastu na pewno, a o psychologach to już nie wspomnę. Żadne leczenie nie przynosiło rezultatu. Rodzice szukali pomocy gdzie się da. Diabeł okazał się przebieglejszy. Rodzice wydawali nieskończenie dużo pieniędzy na moje leczenie i specjalistów, bez żadnego rezultatu. Ja czułem się tak okropnie, że tego nie da się opisać żadnymi słowami. Czułem, że jestem w głębi oceanu, na samym środku, wołam pomocy, a w zamian dostaję nóż do ręki, którego nie mogę się złapać. Często rysowałem taki rysunek mamie, aby przedstawić moją sytuację.Nie potrafiłem wybaczyć ludziom, a zwłaszcza jednej osobie. Nie będę opisywał szczegółów komu, ale było to tak silne, że jak bym go zobaczył, to bym go zastrzelił. To było w tym wszystkim najgorsze. Po sześciu latach mojej męczarni, bo tak to można nazwać, trafiłem nareszcie na pewną panią psycholog. To był anioł z nieba, teraz już wiem, która po zrobieniu wszystkich testów bardzo dokładnie orzekła, że nie ma co szukać pomocy tu, na ziemi, bo nikt nam nie pomoże, lecz trzeba zwrócić się o pomoc do samego Boga. Moi rodzice wstrząśnięci tą odpowiedzią zaczęli poszukiwać Boga. Ja nie przykładałem do tego palca, bo nie mogłem w to uwierzyć, byłem daleko. Mama na siłę zaciągnęła mnie na mszę św. z ks. Janem Bashaborą i tam utworzyła się szczelina w moim sercu dla Jezusa. Dotarły do mnie również słowa księdza, że” nie ma uzdrowienia bez przebaczenia”, a przecież ja nie mogłem przebaczyć więc pomyślałem, że nic z tego i dalej zero. Gdyby nie wiara moich rodziców, to na pewno bym sobie nie poradził. Mama wpajała mi do wiadomości Słowo Boże, codziennie opowiadała o uzdrowieniach i że Bóg jak będzie chciał, a chce mnie uzdrowić, to mnie uzdrowi. Nie miałem żadnej nadziei, ale spróbowałem. Jeździłem z mamą na msze uzdrawiające do Krakowa– z ojcem Witko. Myślałem, że mnie tam pokręci, nie mogłem wstać, nie mogłem wejść do kościoła, a diabeł kusił mnie jeszcze bardziej. Sytuacja bez wyjścia, śmierć i koniec. Myśli natrętne, jakie mnie męczyły, były nie do wytrzymania. Gdy znalazłem się też na siłę w kościele, w Dursztynie, na takiej mszy uzdrawiającej, to tak mną trzepało, że tata z mamą musieli mnie trzymać. Ludzie patrzyli jak na dziwaka i odsuwali się ode mnie. Straszny widok. Powiedziałem, że moja noga już nie stanie w tym kościele. Mama od tej pory z tatą jeździli już sami, beze mnie. Przez rok. Jednak wiem, że to przynosiło owoce, bo moje serce otwierało się coraz bardziej na Boga. Zacząłem słuchać razem z nimi pieśni oazowych, a słuchali je codziennie. Po jakimś czasie znaleźli się we Wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym „Droga Święta” w Nowym Targu i tam gorąco prosili Boga o moje uzdrowienie. Czułem, że coś zmienia się w moim życiu, że jest Ktoś, Kto może mi pomóc. Nosiłem ze sobą różaniec i coraz bardziej otwierałem się na Jezusa. Nie mogłem jednak przebaczyć i mówiłem, że jak Bóg mi w tym nie pomoże, to nie przebaczę. Tak głęboko było to we mnie zakorzenione. 27 czerwca- Msza św. z Ojcem J. Witko, w Nowym Targu na 25 lecie jubileuszu „Odnowy w Duchu św.” – mama prosiła mnie, żebym poszedł, jednak nie dałem rady tam być, chociaż czułem taką potrzebę, ale jednak nie. Zostałem w domu.Wiedziałem, że zaczyna się o godz. 18.00, jakoś nie dałem rady być na polu, tylko wróciłem do domu. Włączyłem komputer i puściłem na cały głos piosenkę” Dotknij Panie moich oczu”. Wtedy działo się coś dziwnego ze mną, dławiło mnie w gardle, cały czas płakałem, czułem jakby ktoś ciągnął mnie za głowę. W myślach ujrzałem jakby gołębicę wiedziałem, że jest to znak Ducha św. Tego nie da się opisać żadnymi słowami. Jeszcze ta piosenka, którą też słuchałem:„Ale Ty po mnie sięgniesz i podasz mi pomocną dłoń”. Tego wszystkiego nie mogłem pojąć. Płakałem tak chyba przez dwie godziny. Później przyjechała mama ze mszy św. Ojciec Witko mówił słowa poznania, że: „ jest tu matka, która od dawna modli się za swojego syna i Pan uzdrawia osobę, która jest nieobecna, która jest w domu i że wszystko będzie dobrze”. Teraz wiem, że to dotyczyło mnie. Moi rodzice też to czuli w sercu, że to ich dotyczą się te słowa. Czułem straszną więź z Jezusem, miałem pragnienie iść do kościoła, chodziłem do Matki Boskiej Ludźmierskiej codziennie. Miałem mniej lęku w sobie. Na drugi dzień pojechałem na pielgrzymkę do Dursztyna z całą grupą Odnowy w Duchu Świętym. Stałem całkiem z boku i łzy spływały mi po policzkach przez całą modlitwę i w czasie mszy św. Tam też były słowa poznania, że Pan Jezus uzdrawia oczy młodzieńca od złych rzeczy- od pornografii i od muzyki techno– też padły takie słowa. Jeszcze nie wiedziałem, że to do mnie, bo było tego wszystkiego za dużo, nie mogłem tego pojąć, bałem się. Bałem się w ogóle uzdrowienia, tyle lat byłem nieszczęśliwy, samotny, smutny, a tu nagle dzieją się takie „cuda”. Po raz pierwszy mogłem powiedzieć słowa, które od dawna nie mogłem powiedzieć: „Jezusie, oczyszczaj moje serce”, no i rzecz najważniejsza, to też nie moja, tylko Boga zasługa, bo nie byłem w stanie tego pojąć, że mogę modlić się za wroga, tego którego tak wcześniej nienawidziłem. To odeszło, cała ta nienawiść, nie wiem jak to się stało. Mój umysł tego nie pojmował, sam mówiłem do mamy: „czy ja jeszcze bardziej zwariowałem?” Z dnia na dzień nie mogłem oglądać filmów porno, a przecież byłem od tego uzależniony. Zamiast techno słuchałem pieśni religijnych, a to dawało mi dużo otuchy, jeszcze więcej więzi z Jezusem. Przez Internet dostałem też jakby odpowiedź, wcale tego nie szukałem, sama się wyświetliła: „Dałem Ci cierpienie, abyś mnie poznał, Dałem ci lęk abym mógł wlać w Twe serce pokój, Byłem z Tobą na Twym dnie, abyś mógł wypłynąć na rejs ze Mną.” Wzruszające słowa. Teraz już wszystko rozumiem. Nie mam do Boga o nic pretensji ani żalu, że byłem tak skrzywdzony. Dziękuję Ci Panie Jezu, że jesteś taki dobry dla wszystkich, którzy Cię szukają i dla tych, którzy Cię znaleźć nie mogą. Dziękuję, że dałeś moim rodzicom siłę, że mogli przejść przez to wszystko, ludzką siłą było to niemożliwe. Chwała Panu! Damian, 24 lata Nowy Targ, 15.09.2009 r.
Eugeniusz Tuzow- Lubański z Kijowa (Ukraina) Od lat mieszkam w Kijowie. Pierwszą część swego życia spędziłem na Ukrainie sowieckiej. Pochodzę z rodziny wierzącej. Ojciec mi zmarł, gdy miałem 11 lat. Wychowała mnie matka, której jestem wdzięczny, iż przekazała mi dar wiary. Ale z tego powodu w społeczeństwie ateistycznym, w którym ludzi wierzących odbierano jako wrogów ludu pracującego, nie miałem łatwego życia. U homo sovietiqus nawet noszenie krzyża na szyi wywoływało burzę niezadowolenia. I musiałem bronić swego „krzyża katolickiego”, gdy w wojsku sowieckim, do którego zostałem siłą wcielony, żołnierze z mojej kompanii próbowali zerwać mi krzyż z szyi, aby go wdeptać w ziemię. Gdy wróciłem z wojska, to w sowieckim Kijowie Pismo Święte było zakazane. Znalezienie Biblii w domu groziło poważnymi konsekwencjami. Kościół katolicki na Ukrainie był zabroniony. Tylko we Lwowie można było wejść i się modlić w kościele rzymskokatolickim. Ale od Kijowa do Lwowa jest odległość 600 km. W Kijowie, czując się Polakiem, modliłem się do Pana, często pod gołym niebem, wędrując w poszukiwaniu pracy po wioskach ukraińskich. Modliłem się do Boga własnymi słowami, które z czasem stały się wierszami. Ale i ta poezja, pisana białym wierszem w duchu chrześcijańskim była obca redaktorom w Kijowie i Moskwie. Dlatego byłem jako poeta skazany na przemilczenie. Ukraina sowiecka potrzebowała poezji rymowanej w duchu socrealizmu, który był tak samo daleki od realizmu jak słońce od księżyca. Aby wytrzymać to piekło komunistyczne, które było w Kijowie gorsze niż nawet w Moskwie piłem alkohol w środowisku twórczym. Nadmiar alkoholu nie najlepszej jakości powodował załamania psychiczne. Dlatego wołałem do Boga – Panie, dlaczego dopuszczasz istnienie tego totalnego zła?! Ale wbrew wszystkiemu wierzyłem w Boga. I język polski był dla mnie kluczem, otwierającym bramy Nieba. Gdy po upadku Związku Sowieckiego mogłem swobodnie się modlić w odrodzonym z ruin kościele św. Aleksandra w Kijowie, to Pan Bóg w postaci polskich kapłanów nadawał sens memu życiu. Z czasem uporządkowałem swoją wiarę. Po długich latach mojego małżeństwa 19 stycznia 1993 roku mieliśmy z żoną Ludmiłą ślub kościelny w świątyni rzymskokatolickiej p.w. św. Mikołaja w Kijowie. Moja żona i córka zaczęły chodzić razem ze mną na nabożeństwa niedzielne, dziękowałem Bogu za to. Gdy w rodzinie postawiliśmy Pana Boga na pierwsze miejsce w hierarchii naszych wartości życiowych – to nasze życie małżeńskie zaczęło się układać bardziej pozytywnie. Zacząłem pracować jako redaktor polskojęzycznego pisma „Dziennik Kijowski”, porzucając pracę, którą nie lubiłem, w zawodzie technicznym. Niebawem także porzuciłem picie alkoholu, które przeszkadzało życiu małżeńskiemu. Po spowiedzi bez żadnych środków lekarskich, chociaż miałem problemy alkoholowe, rzuciłem picie i ponad 13 lat żyłem w abstynencji ku radości całej rodziny. W Częstochowie na Jasnej Górze byłem kilkakrotnie. Ale mnie przeszkadzały tłumy, przewalające się przez sanktuarium Najświętszej Panienki, w relacji z Nią. Nie czułem ducha Jasnej Góry. Ale w maju 2009 roku razem ze Wspólnotą Odnowy w Duchu Świętym z Nowego Targu trafiłem do Częstochowy w drodze powrotnej z oazowego Carlsbergu w Niemczech. Szczerze mówiąc nie do końca rozumiałem modlitwy do Ducha Świętego, które odbywały się we Wspólnocie w specyficzny sposób. Gdy trafiłem pod wały częstochowskie raczej z ciekawości i na prośbę lidera Odnowy w Duchu Świętym Krzysztofa Kabata, to próbowałem nawet uciec do jakiejś kawiarni, aby nie stać w deszczu i uczestniczyć w tych masowych „wariactwach” pod gołym niebem. Ale nie odszedłem, bo zacieka-wiły mnie relacje misjonarzy włoskich, duszpasterzujących w Brazylii. I moje lody niezrozumienia zaczęły nagle pękać. Gdy na prośbę jednego z misjonarzy ks. Biskup Dębowski poświęcił padający deszcz jako zesłany przez Ducha Świętego, a tysiące wiernych w deszczu gorliwie się modliło, to poczułem wbrew własnej woli jedność z tymi ludźmi. Zacząłem bez żadnego przymusu razem z tymi wspaniałymi ludźmi się modlić wyciągając ręce do Nieba – czego przedtem nie było nawet w mojej wyobraźni. Moje nogi, jak nie moje, zaczęły tańczyć w rytmie śpiewu na chwałę Ducha Świętego. Poczułem, iż Pan Bóg mnie kocha w Częstochowie, poczułem obecność Najświętszej Maryi Panny, poczułem po raz pierwszy, że to miejsce jest święte. Już mam swoje lata i nigdy nie myślałem, iż się odmienię i tak nagle się odnowię, że moja wiara nagle się ożywi. I wtedy zrozumiałem, iż dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. Dziękuję Ci Panie za wszystko. Dziękuję za to, iż w Nowym Targu poznałem ludzi mi bliskich w wierze ze Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym posługującej wiernie od 25 lat przy parafii św. Katarzyny. Teraz dzięki Jasnej Górze jestem pełen zaufania do Jezusa. Chwalmy Pana! Życie w Bogu jest piękne. Moje świadectwo o tym, co otrzymałem od Jezusa w darze 4 lata temu. Kiedy w sierpniu 2005 roku dowiedziałem się, że mam w 95% niedrożną prawą tętnicę szyjną, a z powodu znacznego zwapnienia kwalifikuje się tylko do wymiany, bardzo się zaniepokoiłem. Wiedziałem bowiem, że po przebytym wcześniej udarze mózgu i wykonanej przed 2-ma laty operacji na otwartym sercu (Baipasy), ryzyko poddania się takiej operacji, jest ogromne. Obawiałem się nie tyle o moje życie, bo od kilu lat „byłem na walizkach”, ale o mojego syna Marka, który kilka lat wcześniej stracił matkę. Nie miałem jednak żadnego wyboru, bo w każdej chwili mógł nastąpić zgon, więc ta operacja była dla mnie jedynym ratunkiem. Operacja została zaplanowana na 7 września w godzinach popołudniowych, gdyż niezbędna była wcześniejsza kontrola i wydruk tomografu komputerowego. Przed moim wyjazdem, na spotkaniu modlitewnym 4 września, moja Wspólnota modliła się wstawienniczo, aby Pan wziął mnie pod Swoją Opiekę w tej trudnej dla mnie chwili. Następnego dnia w sobotę (5 wrzesień), dzień po modlitwie wstawienniczej, stało się coś ze mną bardzo dziwnego. Było pod wieczór, gdy nagle poczułem się bardzo źle, miałem wrażenie, że się gdzieś zapadam i wtedy chyba straciłem przytomność – nie wiem, byłem w domu sam i niezbyt dobrze to pamiętam. Trwało to niezbyt długo, bo wnet odzyskałem świadomość, czułem tylko w ustach smak metalu. W poniedziałek 7 września, wcześnie rano pojechałem autobusem do Krakowa do Kliniki Jana Pawła II i prosto z drogi udałem się na umówione badanie tomografu. W trakcie badania, nagle zrobiło się zamieszanie, wchodziły jakieś osoby, rozmawiały nerwowo ze sobą, słyszałem chyba głos mojej pani doktor, ale nie widziałem nikogo, bo w tym pomieszczeniu panuje mrok, jedyne światło pada z ekranu komputera, zrozumiałem tylko to, że moja tętnica jest dokładnie zamknięta, a ja zamiast grzecznie leżeć w trumnie, jestem żywy - w dodatku sam przyjechałem z Nowego Targu. Kiedy już bardzo zmęczony wstałem z kozetki z pod tomografu, zaprowadzono mnie do gabinetu pani doktor, specjalistę kardiochirurga, która miała przeprowadzić moją operację. Pani doktor, najpierw jakoś tak dziwnie na mnie spojrzała, kazała wygodnie usiąść w fotelu i długo milczała, przeglądając po kilka razy te same zdjęcia, wydruki i inną dokumentację, jednocześnie zerkając od czasu do czasu na mnie. Kiedy moje zdenerwowanie było już nie do zniesienia, wstała i powiedziała cyt. „Żadnej operacji nie będzie, bo nie ma takiej potrzeby, a po Najwyższym Chirurgu, nie można niczego poprawić”. Dodała jeszcze „ma pan szczególne względy u Góry, bo jak długo jestem lekarzem, nie słyszałam o takim przypadku, żeby ktoś po zamknięciu się tętnicy szyjnej, przy tak kiepskim ogólnym stanie zdrowia, żył dłużej niż kilka minut, a tutaj nie dość, że jest pan wśród żywych, to krew została skierowanymi takimi drogami, jakie nie mają miejsca u innych ludzi, co wprawia mnie w zdumienie”. Udzieliła mi też rady, abym nie zmarnował tego daru, jaki otrzymałem od Boga, bo tylko takie może być wytłumaczenie tego zdarzenia. Zaśpiewało wtedy moje serce z wdzięcznością Hymn
Uwielbienia Pana i śpiewa go nieprzerwanie w codziennej eucharystii do
dziś i śpiewać będzie tak długo, jak długo starczy mi sił.
Amen! Chwała Panu!
świadectwo życia Ryśka „ODNOWA” MOIM POWOŁANIEM Problemy i moja modlitwa. Prowadząc niewielką firmę zaprosiłem do pracy kolegę syna. Nazwijmy go Władek. Poznałem Go wcześniej, jeszcze przed przyjazdem do nas. Władek to młody człowiek, ok.23 lat. Jak na swój wiek był bardzo pracowity, pomysłowy i sprytny, czym wzbudzał we mnie wiele podziwu? Bardzo się ucieszył z mojej propozycji. W domu rodzinnym, miał tylko niebo nad głową, las dookoła i ryby w jeziorze i niechlubne wspomnienia z dzieciństwa i żadnych perspektyw na dalsze życie. Po ok. roku spędzonego razem pod jednym dachem, przyznał się że jest alkoholikiem i że pije od 12-tego roku życia, powiedział „pomóż mi majster wyjść z nałogu „. Moje zaskoczenie było tak wielkie, że zdestabilizowało moje życie całkowicie. Po pierwsze to wyznanie, po drugie jak mogłem wcześniej nie dostrzec jego słabości.Przecież mieszkaliśmy pod jednym dachem. Tak o to znalazłem się z Władkiem w AA, przy parafii. św. Katarzyny. Pierwsze te spotkania były dla mnie wielkim szokiem z powodu nieznajomości tematu i wielości ludzkich tragedii. Ja też przeżywałem te spotkania razem z Nim bardzo zależało mi aby wyszedł z nałogu Przecież miał 23-lata i już taki problem, od dziesięciu lat. Chodziłem z Nim na te spotkania, ale po jakimś czasie zaczął mi narzekać, że już nie może słuchać tych ludzi i ich tragedii, że chce do młodych. Wtedy zacząłem, prosić PANA o wskazówki w dalszym postępowaniu dla niego i siebie. Idąc kolejny raz z Nim na spotkanie, powiedziałem do Niego, ty idź a ja pójdę do kościoła. Wszedłem do środka i zacząłem się przysłuchiwać modlitwom za miasto, rządzących tym miastem, służby miejskie, policję, sądownictwo. Po mszy i tych modlitwach dość długich, bo przeplatanych grą na gitarze i śpiewach. Zabrałem Władka z AA i razem poszliśmy na rynek posłuchać jakiejś kapeli, bo ładnie grała. Władek słuchał a ja wróciłem do samochodu po papierosy/wtedy jeszcze paliłem-przyznaję to też wstrętny nałóg, długo pielęgnowany przezemnie/.Idąc w stronę kościoła zobaczyłem z daleka tego człowieka, co grał na gitarze w kościele. Zatrzymałem Go i zapytałem, co to za grupa modliła się w kościele?. Odpowiedział, że to „Odnowa w Duchu Świętym”, ja zapytałem czym się zajmują i czy mógłbym przyjść z takim chłopakiem, co ma „problem”. Po rozmowie z „gitarzystą” trochę się uspokoiłem. Wróciłem na rynek ponownie, i usłyszałem „wiesz majster, ja już nie pójdę na AA”.Trochę się zmartwiłem, że „diablisko Go ciągnie za sobą, że już nie wytrzymuje”. Moje spotkanie z „Odnową” Czekałem z niecierpliwością na spotkanie mając pewność, że PAN pomoże nam wybrnąć z tej sytuacji. Powiedziałem Władkowi, że idziemy na spotkanie grupy modlitewnej tam są nowi ludzie, może „to jest to, czego poszukujesz”. Zgodził się chętnie, przez co ja też doznałem ulgi. Wiem, że tylko z BOGIEM można osiągnąć szczęście, bo właśnie tak mnie BÓG prowadził i prowadzi. Zresztą często o tym mówiłem, z ludźmi w pracy. Wiara, to łaska którą trzeba pielęgnować. Nadszedł piątek godzina 19sta, znaleźliśmy się oboje na spotkaniu, grupy modlitewnej. Po przedstawieniu się, uczestniczyliśmy w modlitwach. Ja przez kolejne piątki, towarzyszyłem Władkowi., po trochu wciągając się w atmosferę spotkań. Zacząłem spostrzegać, że i mnie te modlitwy ubogacają, widzę wyraźniej JEZUSA , uczę się korzystać z Pisma Świętego. Poprosiłem też o modlitwę za mnie o pozbycie się nałogu, palenia papierosów. I stało się, na razie nie palę przeszło cztery lata. Dziękując BOGU za otrzymaną łaskę. Wiem też, że trzeba mocno wierzyć i prosić. Teraz mam czas na BOGA i na modlitwę i na wszystko inne też mam czas. Dziwię się jak słyszę ”nie mam czasu” i odpowiadam w myślach”chyba nie ma BOGA w sercu”, że tak mówi. Przecież to BÓG dał mi czas i ON nim rozporządza. Władek wzrastał, poznawał JEZUSA, wyspowiadał się z całego życia. W domu uczyliśmy go, pacierza, różańca, koronki do M .Bożego. Wielkie rzeczy i piękne zachodziły w jego sercu, i w moim też. Poznając” Odnowę” i uczestnicząc w Jej życiu, było mi coraz lepiej. Rozkoszując się tym, co przeżywam i czego doświadczam osobiście, dzieliłem się z domownikami i rodziną, oraz znajomymi. A moim ambasadorem stał się Władek, który opowiadał, czego dokonał PAN w jego życiu .On był niezaprzeczalnym dowodem łaski PANA. I tak zaczęli moi bliscy i znajomi przychodzić na spotkania i razem wielbiliśmy i wielbimy PANA. ON nas prowadzi i pokazuje na co dzień jak mamy postępować. Następny krok, czyli -odkrywanie siebie. Kiedyś pewna pani zapytała mnie, po co panu „Odnowa”? Przecież jest pan ochrzczony i bierzmowany i chodzi pan do kościoła, czy to niewystarczy? Odpowiedziałem, nie niewystarczy, chcę poznać PANA bliżej i bliżej NIEGO być, chcę modlić się za ludzi potrzebujących, chorych, utrudzonych, szukających. A to daje mi „ wspólnota” i dobrze mi w niej jest, bo jest nas wielu i PAN jest ze mną. I tak po trzech latach, odkrywania PANA i siebie postanowiłem uczestniczyć w 10-cio tygodniowym seminarium Odnowy w Duchu Świętym, po którym otrzymałem Chrzest w D.Św. i ponowne odnowienie wylania Darów Ducha Świętego, co było wielkim duchowym przeżyciem. Odczułem i nadal odczuwam wielką radość i spokój, inaczej patrzę na problemy i na ludzi a rzeczy materialne nie są na pierwszym miejscu. Czuję to i wiem, że odpowiedzi na trudne pytania nawet kryzysy są łatwe, jeżeli moja wiara jest mocna i jak ja mocno jestem związany z BOGIEM. Kiedy z NIM się spotykam i przyjmuję JEGO miłość, to w sposób naturalny pragnę tą miłością dzielić się z potrzebującymi. Zawsze starałem się pomagać ale to był taki zewnętrzny aktywizm, coś mi zawsze brakowało. Dopiero teraz zrozumiałem, żeby naprawdę pomagać innym, trzeba najpierw zająć się sobą i osobistym spotkaniem z BOGIEM. Bez modlitwy osobistej w moim życiu nic nie może się zdarzyć. Doświadczenie BOGA zawiera sens mojego życia i działania. Chodzić dla mnie przed PANEM, to kochać i doświadczać JEGO miłości. Cały czas uczę się z mozołem języka miłości, uczę się odczytywać BOŻE wezwania a także na nie odpowiadać. Słuchanie jest moim pierwszym obowiązkiem. BÓG do mnie mówi przez wydarzenia, natchnienia, przez napotkanych ludzi. Odczytuję to w moim sercu i wiem, że BÓG mną nie komenderuje, lecz delikatnie zaprasza mnie do współpracy. Rozwój modlitwy w moim sercu, to rosnąca wrażliwość na sprawy ludzkie, to zobaczenie, że w każdym człowieku mieszka BÓG i należy go traktować z miłością. Sam potrzebowałem czasu na zrozumienie tego, co tu napisałem. Czasem gest życzliwości, jest bardziej trafny i prosty, niż stawanie w pozycji nauczyciela. Poznawanie BOGA i siebie, nie jest tabletką aspiryny czy ketonalu, że raz się zażyje i ból przechodzi..Wezwanie PANA do tego by GO naśladować, nie jest prostym wezwaniem, ale prowadzi do JEZUSA. Do źródła mojego życia i życia każdego z nas. Wędrówka przemienia. Moje poznawanie i przemiana następuje w drodze życia.Czytam Pismo Święte, uczę się odmawiać Brewiarz. Jeżdżę na rekolekcje, lubię słuchać, co inni mają do powiedzenia. Jest to moje poznanie siebie w relacji do BOGA. Moje „ja” to już nie to samo, co było na początku mojej drogi poznania, mojej duchowej przemiany. To „ja” które kryje się w CHRYSTUSIE. Moim osobistym pragnieniem były i są Rekolekcje Ignacjańskie. Przebyłem już pięciodniowy „Fundament” u Jezuitów w Częstochowie.Przed wyjazdem miałem obawy, o których mówiłem w swojej „wspólnocie”, gdyż to są rekolekcje w całkowitym milczeniu.Teraz dopiero zdałem sobie sprawę jak to było dla mnie ważne. Człowiek w ciszy słyszy nie tylko siebie, ale BOGA i przedewszystkim tylko JEGO. Uczy się kontemplacji, uczy się bycia z NIM. Jest mu dany tylko ON. I to jest piękne i to jest to, co każdy z nas powinien doświadczyć. Mój PAN i ja. Słowami trudno jest opisać przeżycia, jakie zachodzą w człowieku, po takim „sam, na sam”. Pozostało to we mnie i naznaczyło mnie dość wyraziście.Teraz mam czas na spotkanie z NIM to osobiste, godzinne a nawet dłuższe. Mamy o czym rozmawiać, czy to w kontemplacji, czy adoracji przed Najświętszym Sakramentem, który bardzo a bardzo sobie cenię. Dobrze, że mam taką możliwość w moim mieście, mojej parafii być „sam na sam z NIM”. I jeszcze, co do mnie przylgnęło, to codzienny 15-sto minutowy rachunek sumienia, którym dziękuję za dobre rzeczy, które uczyniłem w danym dniu a ze słabości i przewinień proszę PANA o łaskę poprawy i przemiany. Proszę CIĘ PANIE dopomóż mi abym nigdy nie bał się pragnąć!. Zakończę moje pisanie słowami św. Augustyna, które wybrałem sobie za motto mojego życia/”obym poznał CIEBIE, obym poznał siebie”/. Duchu Święty przyjdź i przemieniaj mnie. Dla mnie osobiście Duch Święty jest największym darem, jaki BÓG udziela- mnie proszącemu. Amen. świadectwo Remigiusza Mam przekazać świadectwo o tym jakie było moje życie i co z nim zrobił Pan. Jest to trudne bo muszę się otworzyć. Ale tak naprawdę to jestem tylko narzędziem w Jego rękach a mówić będę o Panu na Jego chwałę. Prowadzę firmę i Pan do mnie (a może we mnie) trafił właśnie poprzez firmę, a w zasadzie pracę. Jezus
powiedział: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim
sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą.
Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie
dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę
z twego oka, gdy belka (tkwi) w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw
belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego
brata. (Mateusza 7:1-5) (Słowo pl. - Czytania z kazaniami) Przez całe życie byłem takim właśnie deklaratywnym katolikiem, statystycznym – wierzącym powierzchownie. Oczywiście Pan zajmował w moim życiu poczesne miejsce, ale tylko w niedzielę i od święta. A święta miały wymiar tradycji i prezentów. Ewangelia była kolejną pozycją w „poczekalni” nie przeczytanych książek. Oczywiście dzieci wychowywałem w wierze wychodząc z założenia, że jak będą dorosłe to same zadecydują jakie ma być to ich życie - z Bogiem czy nie. Dlatego rytuał niedzielnych mszy był przestrzegany, również poranna i wieczorna modlitwa z dziećmi w okresie, kiedy były małe – chociaż tutaj podświadomie czułem, że tak trzeba. Poniekąd wyrosłem w klimacie hippisów. Stąd nawet krzyżyk, który otrzymałem w ogólniaku od mojej przyszłej bratowej miał dla mnie wymiar bardziej ozdoby niż symbolu wiary. Wszak Cz. Niemen też krzyżyk nosił (vide okładka albumu „Płonąca stodoła”). A potem tak się z moim „amuletem” zżyłem, że nie wyobrażałem sobie jego utraty – został częścią mojego ciała – a jak się okazało w przyszłości pomostem do Pana. Do dzisiaj nigdy go nie zdejmuję. Wkroczyłem w dorosłe życie. Druga żona, dzieci. Praca – dużo pracy. Z czasem prywatna firma i jeszcze więcej pracy. Zawsze twierdziłem, że życie trzeba brać w swoje ręce. To ode mnie zależy jakie będzie.
W drugiej połowie lat 90 zobaczyłem, że w pracy, która w moim życiu była i jest bardzo ważna (wszyscy uważali mnie za pracoholika) coś źle się dzieje. Podpisuję kontrakty - pracuję a efektów nie widać. Zaczęły się przestoje. Brak robót. Inni mają pracę a moja firma nie. Zaczęło się źle dziać. W końcu tak mi dopiekło, że zacząłem prosić Naszą Panienkę o wsparcie. Nasza Mateczka pomogła, ale na krótką metę. Oczywiście zacząłem już inaczej postrzegać sprawę moich relacji z Jezusem, ale w dalszym ciągu był to etap „odpuszczania” sobie w wielu sprawach. I wtedy Pan wziął moje życie w Swoje ręce. Dla Niego dotarcie do mnie to była tylko formalność. Rok 2006 Rozpoczynam rok z lekkim deficytem. Ale mam kontrakt w Krakowie. Duża budowa więc myślę, że będzie dobrze. Trzeba w końcu być optymistą. Zawsze w sumie jakoś sobie radziłem – oczywiście Ja. Mijają kolejne miesiące - kolejne sprawozdania pokazują, że coś jest niedobrze - pracuję a efektów nie widać. Bilansuję rok a wynik ujemny. Moja pewność uleciała, zaczęło do mnie docierać, że tak naprawdę wszystko jest bardzo ulotne. Zacząłem inaczej postrzegać pewne sprawy, sytuacje zdarzenia. Zacząłem sobie uzmysławiać, że to nie przypadek i zrządzenie losu. W tym była logika. Teraz wiem, że Boska. Łagiewniki. Proszę w ratunek Miłosierdzie Boże. Św. Faustyna i Jej pamiętnik. Z Dzienniczka Św. Faustyny pobieram lekcje „nauki chodzenia” – zacząłem się uczyć Pana Jezusa poprzez modlitwy. Codzienne, bardzo intensywne. Pobyty w Krakowie zaczynam od Łagiewnik. Godzina Miłosierdzia jest porą, kiedy skarby z nieba lecą na Ziemię. Jak wspaniała jest modlitwa a ile może - przekonałem się z czasem. Słucham naszego Papieża z płyty a On mówi, że jest na to lekarstwo – Pan Jezus. Rok 2007 Pan zaczął mnie formować. Nie mam dla ludzi roboty. Jestem po ludzku przerażony. Widzę swoją nieudolność. Z punku widzenia ekonomii jestem już dawno bankrutem – przynajmniej od 1,5 roku. Mojej firmy nie powinno być. Zobowiązania znacząco przekraczają należności. Za chwilę dobiorą się do mnie dostawcy i wierzyciele. Nie wiem co będzie z moją rodziną - stracimy wszystko, bo wszystko jest zastawione. Dotarło do mnie, że tylko Pan Jezus może mi jeszcze pomóc. Zacząłem się jeszcze bardziej modlić i prosić o cud. Marzec – chyba będę musiał zamknąć firmę. Roboty mamy jeszcze na jakieś 7 dni. Modlę się w Łagiewnikach o cud. Po modlitwie jadę na budowę. Dzwoni do nie kolega (projektant, którego prosiłem wcześniej o jakąś pracę) z informacją, że jego znajoma potrzebuje w swoim domku, który kiedyś ś.p. mąż zaczął budować zrobić porządki. Zakres prac: wywieźć gruz, wyciąć chaszcze i splantować ziemię. Poprawić ogrodzenie, jest perspektywa zrobienia instalacji wod-kan w budynku. Otrzymałem lekcje pokory. Dziękowałem Panu za robotę wartą niecałe 20 tyś zł., która była wybawieniem dla mojej firmy. A przecież przedtem podpisywałem kontrakty nawet na 700 tyś zł. Kwiecień. Znów nie mam roboty i znów Łagiewniki. I znów otrzymuję telefon - mogę w pewnym domu wczasowym wymienić poziomy wody. Robota na 50 tyś. zł. Łagiewniki i wielbienie Pana. Dotarło do mnie, że spotyka mnie coś więcej niż łaska. Można powiedzieć, że powstał schemat:
Ale jednocześnie czuję, że zmieniam się. Każda msza to prośba do Pana: „Panie jesteś tutaj, tak blisko więc przyjdź do mnie choć jestem grzeszny, jestem nędzą i nicością, ale Ty wszystko możesz – przecież przychodziłeś do celników. Więc przyjdź do mnie, zmień mnie – naucz mnie słuchać Ciebie i rozumieć. Przecież Ty jesteś Bogiem wszystkich - nawet takiej nicości jak ja”. Nauczyłem się też dzielić z innymi – choć miałem niewiele, bo może ten ktoś nie ma nic. Jest parę takich modlitw u Św. Faustyny, które omijałem w książeczce bo Ona w nich ofiarowała się cała bezwarunkowo a ja przecież nie jestem święty ani księdzem. Mówiłem sobie - to nie dla mnie. Bałem się ich, bo tak naprawdę musiałbym wyrzec się siebie. Ofiarować Panu bezwarunkowo. A co będzie jak On coś ode mnie zażąda. Będę musiał się wywiązać. Jak umowa to umowa. Miałem świadomość, że u Pana nic nie ma na pół gwizdka. Pan jest zaborczy i dziękuję Mu teraz za to. Czułem, że Pan ode mnie żąda, żebym w czasie sztormu wsiadł do łódki w której nie ma steru. Broniłem się bo przecież nie jestem idiota - ryzykant. Okazało się, że na szczęście „jestem” – wsiadłem. „Jezu, uczyń serce moje podobne do swego, a raczej przemień je w swoje własne, abym umiał wyczuwać potrzeby innych serc, a szczególnie cierpiących i smutnych. Niech promienie miłosierdzia Odpoczną w sercu moim” Ta piękna modlitwa towarzyszy mi teraz przez cały czas. Jan od Krzyża pyta: „Czemu więc duszo moja jeszcze się ociągasz, gdy już teraz możesz kochać swym sercem swego Boga?”. Za jakieś dwa miesiące dojrzałem do ofiarowania się Panu – całkowicie i bezwarunkowo. Poprosiłem Go, żeby mnie zmieniał, żebym mógł narodzić się na nowo i żyć w Nim. I niech mną rozporządza według Swojej woli a nie mojej. To jest nieprawdopodobne. Ja, który nie mogę przystępować do Stołu Pańskiego doświadczam nie tylko jego łask i cudów ale również Jego obecności – gdzieś blisko - prawie na wyciągnięcie ręki. Pan jest szczodry, daje więcej niż proszę. Docierają do mnie prawdy, których nie znałem. Mój świat wartości również się zmienił. Pan daje nam znaki i dobrze trzeba uważać, żeby ich nie przegapić Jakieś pół roku temu kocioł grzewczy do instalacji centralnego ogrzewania, który zamontowałem u klienta okazał się wadliwy. Poprosiłem Rysia Łojasa o serwis gwarancyjny. Klient musiał wyjechać (był z zagranicy) – uzgodniliśmy, że jak się odezwie i to wtedy ustalimy termin naprawy. Po pół roku odezwał się. Kocioł naprawiliśmy, a ja jestem w Odnowie. Te pół roku to był czas mojego dojrzewania, formowania - umacniania mojej wiary. Kolejny znak. Wstąpiłem do kościoła. Mam jeszcze kłopoty z płynnością finansową a klienci niestety nie płacą w terminach. W pewnym momencie podchodzi do mnie młoda matka z dzieckiem w wózku dość schludnie i czysto ubranym z prośbą o 2,00 zł. Dałem ile prosiła, bo więcej to było mi żal a w portfelu i tak nie za wiele. Przypomniałem sobie przypowieść o wdowie. Dałem tej dziewczynie wszystko co miałem. Po powrocie do firmy okazało się, że jeden z klientów przelał mi zaległe pieniądze. A interesy? Powtórzę to co mówi Rysiek - interesy za mnie robi Pan Jezus. Firmę również powierzyłem Panu, prosząc żeby przejął ją w zarząd a mnie uczynił swoim narzędziem. Teraz mam trzyosobową Radę Nadzorczą – Trójcę Świętą. I naprawdę nie boję, że mnie Pan zwolni z roboty bo oddałem się Jemu cały a Pan jest Miłosierny. Dzisiaj bilans w firmie jest dodatni i płacę podatki. Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo znalazłem drogę do Pana. Pan dał mi szansę. Oczywiście mam kłopoty jak każdy. Wiem, że to dopiero początek drogi. Ale też wiem, że On kocha mnie - czekał na mnie tak naprawdę około 35 lat. Uratował mnie parę razy od śmierci (mój krzyżyk), więc pewnie ma wobec mnie jakieś plany, lecz nie mnie dociekać. Jestem szczęśliwy miłością Pana, o której Św. Paweł tak pisze: Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Swiadectwo Danuty: „Wiatr wieje tam gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha.” Ew. J 3,8 Jeszcze tak niedawno temu poprosiłam Jezusa o żywą Jego obecność w moim życiu rodzinnym. Odpowiedział mi Pan: „Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem”. Bardzo trudno było zapieczętować to słowo w sercu i z pokorą przyjąć Boży plan w tych trudnościach, jakie mnie w ostatnim czasie spotkały. Niemniej jednak z ludzkiej bezsilności zaufałam. W jednym momencie i w jednym oddechu zaczęły się w moim życiu spełniać Jego dzieła, o których nawet nie odważyłabym się marzyć. Przez dwadzieścia kilka lat pragnęłam z głębi serca doświadczyć Bożej miłości w moim małżeństwie. Nie wiedziałam, że w tym cierpieniu jakie nosiłam w sercu Bóg uczynił ze mnie swoje narzędzie, aby otworzyć serce mojego męża. Dzisiaj jestem świadoma tego, że droga do prawdziwego szczęścia, to całkowite poddanie się Bogu i że tylko On spełnia najgłębsze pragnienia Twojego serca; że wszystko, co Bóg czyni jest z Miłości, nawet wtedy, gdy w sercu jest rozpacz i gdy tego nie rozumiesz. Właśnie wtedy kocha Cię najbardziej. Upomniał się o mnie i w cierpieniu pozwolił mi poznać, ze On jest Najważniejszy; Pierwszy i ostatni. Wszystko inne mas wyznaczony czas i miejsce. On jest „Bogiem z Nami” i ociera wszelką łzę z naszych oczu. Jemu chwała i dziękczynienie po wszystkie czasy i wszystkie pokolenia.
Karolina 9 lat 29 czerwca byłam z całą moją rodziną na pielgrzymce do Dursztyna zorganizowanej przez wspólnotę Odnowy w Duchu Św. Gdy przyszliśmy na miejsce zbiórki spotkaliśmy naszą znajomą panią Gosię. To dzięki niej przybyliśmy na pielgrzymkę bo ona nam o tym powiedziała. Pani Gosia powiedziała żebyśmy poszli do pana Rysia po takie białe plakietki, które się przypinało do ubrania. Na plakietce było wypisane imię tego kto ją nosił i miejsce gdzie mieszkał. Niektórzy mieli plakietki kolorowe. Na przykład Ola, ponieważ w plecaku nosiła apteczkę. Gdyby komuś coś się stało to szybko rozpoznałby ją po tej właśnie plakietce. Szliśmy przez pola i lasy. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, a wtedy modliliśmy się, a pan Krzyś przekazywał nam informacje o dalszej wędrówce. Byli razem z nami trzej księża: Daniel, Adam i Andrzej. Kiedy zapytałam księdza Daniela o godzinę to powiedział „w szół do pustej”. Ksiądz Adam też dziwnie mówił, a ponieważ byli oni z Przemyśla to nazwałam ich „ukrainczykami”. Było z tego powodu dużo śmiechu. Gdy doszliśmy do celu mogliśmy się umyć i chwilę odpocząć. Później była Msza Święta a po niej ognisko. Bardzo mi się podobało !
świadectwo z Warszawy "Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha" (J 3,8) Szczęść Boże! Gdy niecały miesiąc temu poprosiłam Ducha Świętego, żeby zorganizował nam wakacje, nie wiedziałam jeszcze, jaką niespodziankę dla nas szykuje. Na dobry początek wyjazd do nieznanej nam Wspólnoty z Nowego Targu i wspólna pielgrzymka. Decyzja zapadła w 5 min. Zawsze zastanawiamy się dużo dłużej, tym razem jednak nie wiedząc prawie nic o wyjeździe, powiedzieliśmy: "jedziemy". Bóg pobłogosławił tej decyzji: oboje z mężem dostaliśmy urlop w pracy, dzieci wyjątkowo nie złapały żadnego przeziębienia, więc przeszkód nie było. Basia wspominała wprawdzie o możliwości przedłużenia pobytu nawet do tygodnia, dla nas jednak jedno było jasne - nie jedziemy na wypoczynek w góry - jedziemy po to, by zaczerpnąć "Wody Żywej". Zaczerpnąć i wrócić do Warszawy. Dlaczego do Nowego Targu? Duch wieje, kędy chce... Tak tez się stało. Zaczerpnęliśmy jednak o wiele więcej niż mogliśmy się spodziewać w najśmielszych oczekiwaniach. Brak mi słów, by to wyrazić. Krzysztofie, w otwartym sercu - Twoim i innych Członków Wspólnoty doświadczyliśmy prawdziwej, bezinteresownej Miłości Boga; Miłości, która wyszła nam naprzeciw, przyjęła nas serdeczne, ugościła i obdarowała odmierzając "miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą". Dziękujemy!!! Dziękujemy za wspólną modlitwę w piątkowy wieczór, za przygotowane dla nas krzeseł i miejsc przy stole, za wspaniały pensjonat i wielkie serce Ani (nie przyjęła od nas ani złotówki, a przecież musi zapłacić za zużycie przez nas wody, prądu, pranie i maglowanie pościeli itd.). Dziękujemy za doświadczenie spotkania z trzema wspaniałymi kapłanami (każdy na swój sposób "wielki w Panu")- doświadczenie, które z pewnością na długo pozostanie w naszej pamięci i przyniesie wielkie duchowe owoce. Dziękujemy za zaproszenie nas do Twego Domu i przyjęcie "jak swoich", dzięki czemu każdy z nas poczuł się naprawdę jak w rodzinie. Dziękujemy wreszcie za naprawdę niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie wspólnego pielgrzymowania uwieńczone wspaniałą Eucharystyczną Ucztą przy kaplicy w Dursztynie. Dziękujemy za świadectwa, które zapadły nam w serca i które wciąż wspominamy (z powodu jednego z nich mój mąż dzisiaj stwierdził, ze musi wrócić do Nowego Targu). Za te kiełbaski i ciepłą herbatę też dziękujemy... Do świadectwa powinnam dopisać przynajmniej
jeszcze jedno zdanie, bardzo ważne zdanie: Bądź uwielbiony Duchu Święty za to, ze "wiejesz tam, gdzie chcesz" i prowadzisz nas drogami, których nie potrafilibyśmy sobie nawet wymarzyć. Kochani, daliście nam więcej niż może pomieścić serce człowieka. Niech Bóg Was wszystkich błogosławi i wynagrodzi wszelkie dobro. Elżbieta i Dionizy Smoleniowie z dziećmi: Moniką, Sebastianem i Adasiem a to świadectwo-a raczej podziękowania Barbary (liderki odnowy w Warszawie) „Tak bowiem jest: [………], kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie. Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg. A Bóg może zlać na was całą obfitość łaski, tak byście mając wszystkiego i zawsze pod dostatkiem, bogaci byli we wszystkie dobre uczynki” (2 Kor 9, 6-8). Krzysiu Kochany, Jeszcze raz składam Tobie i – na Twoje ręce – całej Wspólnocie z serca płynące podziękowania. Przyjęliście nas tak serdecznie i szczerze, że radością tego pobytu długo jeszcze będziemy się karmić! Chciałabym podziękować każdemu z Was osobiście, po imieniu………… Aby jednak nikogo nie pominąć wszystkim Wam mówię „Bóg zapłać”! Niech Duch Święty, który „wieje tam, gdzie chce” dotyka Waszych Serc, Waszych Ciał, Waszych Rodzin, abyście już tu na ziemi odnaleźli szczęście w Bogu! Ja ze swej strony zapewniam Was o swojej szczerej modlitwie przed Panem, zachowując w sercu wszystko, czego dzięki Wam i Waszej posłudze doświadczyłam ……………. A ponieważ dziś jest dzień Waszych spotkań, a do tego I piątek miesiąca – to pragnieniem moim jest „zaniesienie” wszystkich Was i Waszych problemów Jezusowi i złożenie w Jego Przenajświętszym Sercu. POZOSTAŃCIE W OBECNOŚCI PANA! Pozdrawiam z Warszawy – Basia w imieniu swoim, całej „ekipy” oraz mojej Wspólnoty „MICHAEL” świadectwo Małgosi Był piękny poranek, zwłaszcza w Krakowie, gdzie słońce przebijało się przez barwami jesieni utkanymi krzewy. Czekając na rejestrację penetrowaliśmy zaułki i miejsca intymnej modlitwy. Jedne były ogromne, inne małe i przytulne, jeszcze inne kojące i takie wymownie historyczne. I ten pokój siostry Faustyny, nawet okna… i jej twarz w tylu miejscach i wreszcie CHRYSTUS – majestatyczny i ciepły, wciągający w głąb całego swojego Bosko-ludzkiego Jestestwa. I Matka Przenajświętsza i Tchnienie Ducha i …. Był także ksiądz z Ugandy. Niewysoki, uśmiechnięty, energiczny, zdecydowany, z poczuciem humoru, a jednocześnie niesamowicie skupiony i poważny podczas głębokiej modlitwy czy w kontakcie z żywym Chrystusem. Przechadzając się z Chrystusem pomiędzy wiernymi szedł majestatycznym natchnionym krokiem, wpatrzony w głębię Boskości, która Go zewsząd otaczała. Nigdy nie widziałam kogoś tak patrzącego na Chrystusa przez kilkanaście minut. Nie należy mówić o czasie, bo on wtedy nie istniał. Czuło się namaszczenie i uwielbienie jakim ksiądz John Boshobory otaczał Jezusa. On, wychowany przez misjonarzy w Afryce, przyjechał do Polski, aby służyć Kościołowi w Polsce świadectwem swojej wiary. Tak, ma charyzmę, ale nie to jest wielkie i piękne, ale to, że przyjął ten dar Boga i jest sługą Pana. Pan Go powołał, a on poszedł za Nim. Dawał m.in. poruszające świadectwo, jak to 4 synów jego ciotki zmarło w jednym roku na AIDS. Wykształceni, stateczni i odchodzili jeden po drugim. I zaczął się ks. John modlić do Pana, aby zechciał udzielić swej łaski i wejrzał z miłosierdziem swym na chorych na AIDS. I wielkie rzeczy zaczęły się dziać: …. Bo uwierzył człowiek w słowa Pana, a Pan słów dotrzymuje. Oto jak Myles Dempsey (jeden z prelegentow) przedstawił księdza z Ugandy uczestnikom Konferencji: „Był w wielu afrykańskich krajach. I jest tam bardzo pożądany z powodu odznaczającej się i rozwiniętej posługi uzdrawiania. Jest również bardzo zaangażowany w posługę uwalniania, która idzie w parze z posługą uzdrawiania. Niezwykłą rzeczą, jaka się wydarzyła dzisiejszego popołudnia jest to, że ludzie słyszeli go potwierdzającego, że miały miejsce pewnego rodzaju uzdrowienia, a nawet powstania z martwych. Nie powinniśmy być tym zdziwieni, ponieważ Jezus powiedział: uzdrawiajcie chorych i wskrzeszajcie umarłych. Jego własny biskup potwierdza 27 przypadków wskrzeszeń, a lokalna społeczność twierdzi, że było tych przypadków znacznie więcej niż 40." Ksiądz John Bashoboro pozostanie w moim sercu na zawsze. Miałam zaszczyt dotykać jego dłoni, a to właściwie on poprosił o moje dłonie, gdy się nade mną modlił. Sprawy, o które się modlił wycisnęły łzy w jego oczach. Ale widziałam też ogromną radość, gdy podeszła dziewczyna, której kazał po rozeznaniu uzdrowienia ściągnąć gorset z kręgosłupa i zrobić coś, czego dotąd nie mogła. Wahała się długo, aż osoba jej towarzysząca powiedziała, że chodzi o skoliozę kręgosłupa i ma duże problemy, aby się np. zginać. (Ksiądz John dotknął jej i jeszcze się chwilę pomodlił.) Ja jej mówię, On Cię prosi, abyś się schyliła. Zrobiła to po chwili wśród ogólnej radości zebranych. Mogłabym o nim mówić bez końca. Kocham go całym sercem, bo czuję, że Jego serce też kocha Miłością Chrystusową wszystkich, za których Przenajświętsza Krew została przelana. Do mnie powiedział, m. in.: „Pan napełnia teraz Twoje serce miłością, której Ci brakuje po stracie syna, napełnia też serca wszystkich w Twojej rodzinie oraz tych, którzy cierpieli z powodu jego odejścia. On ich też teraz uzdrawia.” Po przyjeździe podzieliłam się tym z rodziną. Słuchali. Prosiłam Pana o uwolnienie i Jezus miłosierny mi je dał. |
|
powrót I historia I charyzmat | odpowiedzialni I zaproszenia I archiwum I galeria I kontakt I rekolekcje |